Przewrócił wymownie oczami, jednak na jego twarzy zawitał znajomy, opanowany uśmiech. Cóż, stare rody zdecydowanie wpisywały się w kategorii „śmietanki towarzyskiej”. Między innymi dlatego nie można było ich ignorować w kontekście wydarzeń towarzyskich. Zaproszenie kogoś za kim się nie przepadało z arystokratycznego rodu, mogło przynieść więcej problemów i nerwów, niż wpuszczenie takiej osoby do własnego domu i zmuszenie się do zniesienia jej obecności. Przynajmniej wtedy krążyło mniej plotek.
— Mam wrażenie, że akurat jedzenia nam nie zabraknie. Nie w momencie, gdy możemy sobie przemienić najnowsze wydanie gazety w kilka kromek chleba. Smak miałby okropny, ale przynajmniej byłby zjadliwy — skomentował, wbijając tęskny wzrok w jej papierosa. Kiedy ostatnio sięgnął po tę używkę? Na balu? Parę dni po balu? Poklepał się niezgrabnie po kieszeniach, jednak zdał sobie z niezadowoleniem sprawę, że akurat tym razem zapomniał zarówno fajek, jak i swojej zdobionej zapalniczki. — Nie wiem, tak na początek, to pewnie kilka skrzyń? — Spojrzał na nią pytająco. — Pięć albo sześć Chyba. To chyba odpowiednia ilość na domową produkcję, prawda?
Longbottomowie nie mieli w zwyczaju składać tak dużych zamówień, a zwłaszcza jeśli chodziło o składniki do eliksirów, czy magicznego wytwórstwa. Większość członków rodziny zamieszkujących rezydencję szczyciła się nieco innymi zdolnościami. Gdyby chodziło o wyliczenie, ile butelek szampana powinni zamówić na letnią zabawę, to Erik nie miałby z tym wielkich trudności. Bądź co bądź, po tylu latach wydawania przyjęć zdążył się obeznać z tym, ile butelek potrafiło zejść podczas jednego wieczora. I jaki szampan najszybciej schodził, a który zalegał potem w piwnicy, dopóki ktoś nie nabrał na niego ochoty. Ale dyptam? Drzewo wiggenowe? Muchy siatkoskrzydłe i zwierzęce skóry? To kompletnie nie była jego bajka.
— Wyślę listę za kilka dni. Na początek raczej skupimy się na zmagazynowaniu tego, co jest dostępne lokalnie. Zanim ktoś w rodzinie weźmie się za wytwarzanie, lepiej, żeby zaczął od czegoś łatwo dostępnego, prawda? Czegoś, co łatwo zastąpić, a nie od sproszkowanego rogu jednorożca czy łusek trytona...? — Zmarszczył brwi, licząc, że Geraldine rozwieje jego wątpliwości. — W każdym razie, nie zamierzam cię od razu wysyłać do Australii. — Uśmiechnął się krzywo. Wzmianka o Thesie przykuła jednak jego uwagę. — A więc teraz sama kierujesz interesem?
Pokiwał głową. Rozumiał, że nie chciała z miejsca dawać żadnych zapewnień odnośnie do potencjalnego terminu pierwszej dostawy. Prawdę mówiąc, sam nie wiedział, czego Patrick tak właściwie oczekiwał. Oryginalny plan był taki, aby wybadać teren, sprawdzić, czy Geraldine byłaby zainteresowana współpracą i dopiero potem powziąć jakieś działania. Tyle że sporo się zmieniło od tamtego czasu i musieli nieco zmodyfikować ścieżkę prowadzącą do ich obecnego celu. Oby wiedzieli już, czego właściwie chcą, pomyślał z przekąsem. Wolałby potem nie latać do Yaxley po dziesięć razy, bo komuś się nagle przypomniało, że pióra tęczowego strusia czy innego tałatajstwa nie dotarły z innego źródła, a potrzebują ich na gwałt.
— Na pewno będzie nam zależeć na miksturach regeneracyjnych. Teraz nie dość, że na mieście bywa niebezpiecznie, to wszyscy mają pełne ręce roboty w pracy. Może mamy w domu Danielle, ale nawet ona wszystkiego nie ogarnie — mruknął, wypijając swoją porcję whiskey. Wzdrygnął się, gdy alkohol rozgrzał jego gardło i powędrował dalej, rozprowadzając ciepło po całym organizmie. — Dostawałaś już ostatnio podobne zlecenia? — Zerknął na nią ostrożnie. — Biorąc pod uwagę naszych... ekstremistów i inne wypadki, niektórzy pewnie już dawno zawalili piwnice na wypadek, gdyby konflikt się rozwinął na większą skalę.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞