30.10.2022, 19:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.10.2022, 19:06 przez Marko Borgin.)
Obecność zagorzałego przeciwnika mugoli na paradzie charłactwa mogła wydawać się tyleż abstrakcyjna, co podejrzana. Trudno się temu dziwić — Borgin samym pomysłem społecznego przyzwolenia na podobny ruch był wysoce zniesmaczony. Zawistnymi postulatami deklasował charłaków, podkreślając dezaprobatę wobec zachowania uczestników marszu, bo według niego niemagiczni nie zasługiwali nawet na miano ludzi — ich jedynym przeznaczeniem było służyć czarodziejom zdolnym osiągnąć pełnię swego potencjału. Uważał, że w jego powinności jest przeciwstawić się bezkarnej promocji anarchizmu, który pogwałcał najświętsze z konserwatywnych wartości — skrzyknął więc opozycję składającą się z podległych mu bandziorów, dokładając cegiełkę do narastającego w napięciu rozruchu. Do udziału zachęcił nieco młodszego kuzyna, Theona Yaxley, który swego czasu przysłużył się jego prywatnym interesom. Marko wierzył, że przekonując go do swojej wizji i jedynej słusznej idei, odpłacał mu się za zaciągniętą przysługę — w końcu przynależność do socjety radykalnych konserwatystów wiązała się z wieloma korzyściami, bez których sam Borgin nie byłby tym, kim się stał. Tym bardziej ucieszył się, gdy chłopak przystał na jego propozycję. Ciekawe, jak daleko był w stanie się posunąć?
Spotkanie miało miejsce już w toku parady, na chwilę przed wybuchem zamieszek. Marko wyciągnął z kieszeni paczkę fajek i poczęstował jedną Theona. — Na odstresowanie — spróbował ocenić, czy chłopak wydawał się spięty tym, co miało nadejść. Zdecydował, że nie powie mu, w jak brutalne gówno zamierza go wplątać, póki chłopak nie pobrudzi sobie rąk. Tak było bezpieczniej dla Marko. — Chłopaki wmieszali się w tłum i czekają na sygnał — pociągnął z peta, by nabrać nikotyny do płuc. — Masz, załóż to — przedmiot, który mu przekazał, przypominał nieco połączenie mugolskiej kominiarki i maski w kształcie czaszki, ewidentnie zakupiony w jednym z tych magicznych sklepów z zabawkami. — Jak narobią trochę dymu na miejscu, dając nam przestrzeń do działania, naszym zadaniem będzie dyskretnie zawinąć z tłumu jednego z tych klaunów w paradzie — Marko spojrzał mu w oczy, jego ton nie znał sprzeciwu. — Nie trzęś się tak. Nikomu nic złego się nie stanie — powiedział z przekonaniem w głosie, bo czymże było symboliczne morderstwo na 'nikim' dla faceta, w którego domu z sufitów zwisają zasuszone ludzkie głowy?
Z pozycji, którą udało im się zająć, mieli dość dobrą widoczność na przechadzający się główną ulicą tłum. Od kilku minut zdarzało się co jakiś czas słyszeć jakieś obelgi, które przedzierały się przez postulaty marszujących. Sytuacja nabrała interesującego rozwoju, gdy okazało się, że w tłumie nastąpiło poruszenie. — Patrz, zaczęli robić na ulicach syf i ludzie się wkurwili — podjął Marko, kończąc dopałkę i przydeptując ją butem. Założył wtedy swoją maskę, lecz nim zdążył rzucić jakiekolwiek zaklęcie, ktoś ubiegł go w inicjatywie — sytuacja w przemarszu się zintensyfikowała. W zasadzie na ich korzyść. — Periculum — wypuścił z różdżki flarę sygnalizacyjną, której rezultat nadszedł w mgnienie oka. Jeśli tłum był wcześniej podburzony, to teraz miało dojść do prawdziwego przewrotu. — Czekamy chwilę i wkraczamy do akcji. Opłaciłem właściciela pobliskiej restauracji, żeby przymknął oko, gdy wciągniemy jednego przez lokal na tyły, stamtąd dalej Cię pokieruję. Tylko go przypadkiem nie zabij. Wiesz, co robić, gdy wyjdziemy zza winkla — najważniejsze było wykorzystanie powstałego chaosu, by nie dać się zauważyć. — No, jazda. Będę Cię osłaniać — zapewnił Marko, ustępując chłopakowi pierwszeństwa.
Spotkanie miało miejsce już w toku parady, na chwilę przed wybuchem zamieszek. Marko wyciągnął z kieszeni paczkę fajek i poczęstował jedną Theona. — Na odstresowanie — spróbował ocenić, czy chłopak wydawał się spięty tym, co miało nadejść. Zdecydował, że nie powie mu, w jak brutalne gówno zamierza go wplątać, póki chłopak nie pobrudzi sobie rąk. Tak było bezpieczniej dla Marko. — Chłopaki wmieszali się w tłum i czekają na sygnał — pociągnął z peta, by nabrać nikotyny do płuc. — Masz, załóż to — przedmiot, który mu przekazał, przypominał nieco połączenie mugolskiej kominiarki i maski w kształcie czaszki, ewidentnie zakupiony w jednym z tych magicznych sklepów z zabawkami. — Jak narobią trochę dymu na miejscu, dając nam przestrzeń do działania, naszym zadaniem będzie dyskretnie zawinąć z tłumu jednego z tych klaunów w paradzie — Marko spojrzał mu w oczy, jego ton nie znał sprzeciwu. — Nie trzęś się tak. Nikomu nic złego się nie stanie — powiedział z przekonaniem w głosie, bo czymże było symboliczne morderstwo na 'nikim' dla faceta, w którego domu z sufitów zwisają zasuszone ludzkie głowy?
Z pozycji, którą udało im się zająć, mieli dość dobrą widoczność na przechadzający się główną ulicą tłum. Od kilku minut zdarzało się co jakiś czas słyszeć jakieś obelgi, które przedzierały się przez postulaty marszujących. Sytuacja nabrała interesującego rozwoju, gdy okazało się, że w tłumie nastąpiło poruszenie. — Patrz, zaczęli robić na ulicach syf i ludzie się wkurwili — podjął Marko, kończąc dopałkę i przydeptując ją butem. Założył wtedy swoją maskę, lecz nim zdążył rzucić jakiekolwiek zaklęcie, ktoś ubiegł go w inicjatywie — sytuacja w przemarszu się zintensyfikowała. W zasadzie na ich korzyść. — Periculum — wypuścił z różdżki flarę sygnalizacyjną, której rezultat nadszedł w mgnienie oka. Jeśli tłum był wcześniej podburzony, to teraz miało dojść do prawdziwego przewrotu. — Czekamy chwilę i wkraczamy do akcji. Opłaciłem właściciela pobliskiej restauracji, żeby przymknął oko, gdy wciągniemy jednego przez lokal na tyły, stamtąd dalej Cię pokieruję. Tylko go przypadkiem nie zabij. Wiesz, co robić, gdy wyjdziemy zza winkla — najważniejsze było wykorzystanie powstałego chaosu, by nie dać się zauważyć. — No, jazda. Będę Cię osłaniać — zapewnił Marko, ustępując chłopakowi pierwszeństwa.