10.05.2023, 04:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.05.2023, 04:21 przez Tilly Toke.)
Brenna i Mavelle
Drzwi nie otworzyły się od razu. Zanim do tego doszło, mogłyście usłyszeć jak ciężkie obcasy butów stukające o marmurową posadzkę. Kiedy już je otworzono, z małej szpary wychylił się nos, jak z początku mogłyście stwierdzić, dość niskiego mężczyzny. Obrzucił was zdeka podejrzliwym spojrzeniem i otworzył drzwi szerzej dopiero na brzmienie nazwiska 'Longbottom'.
Czarodziej był blady, zbyt blady, aby podporządkować go do kategorii 'zdrowy', a być może też 'żywy'. Definitywnie nie przypominał tego z portretu pamięciowego. Był łysy, miał jasnoniebieskie, wodniste i podkrążone oczy.
Ubrany w czarną szatę z białym kołnierzem, przypominał raczej kamerdynera niżeli lokatora.
Obrzucał was tak samo podejrzliwym spojrzeniem, gdy Brenna zadawała pytanie. Nie przedstawił się.
Uniósł jedną z brwi, a raczej zrobiłby to, gdyby ją posiadał. Na jego twarzy nie było ani krzty zarostu, a gdy wykonał ten gest skóra zmarszczyła się, więc mogłyście wywnioskować, że właśnie takim wyrazem was zaszczycił.
- Czy owy poszukiwany jest martwy? Lub chociażby martwy, acz wciąż żywy? - na brzmienie własnych słów warga drgnęła mu lekko, jakby chciał się zaśmiać, ale ostatecznie tego nie zrobił.
- Nikt o wystających zębach tu nie mieszka - dodał enigmatycznie.
Odczekał chwilę, jakby spodziewał się kolejnych pytań.
- Mogę w czymś jeszcze pomóc? - dopytał, widać było że silił się na bardzo szorstką grzeczność.
Mavelle, gdy drzwi się otworzyły mogłaś poczuć woń kurzu zmieszaną z wilgocią, podtonem lekkiej stęchlizny oraz formaliny. Sam mężczyzna nie pachniał inaczej, a podczas rozmowy ani nie zaczął się pocić, ani stresować. Jedyne, co mogłaś od niego wyczuć to chłód i stęchlizna, z którą zazwyczaj spotyka się w grobowcach. Nie poczułaś niczego, co świadczyłoby o obecności czarnej magii.
Patrick
Mężczyzna zmierzył cię spojrzeniem kogoś, kto ogląda eksponaty na naprawdę rzadkiej wystawie. Nieczęsto widywał tu nowe twarze, a takową definitywnie była ta twoja. Mogłeś zauważyć jak jego zielone oczy skupiają się na tobie, z zaciekawieniem i jednocześnie absolutnym niezrozumieniem.
- Nie wiem czy taki dobry - zaczął - Najpierw ten cholerny Marvin przypomina mi o długu, jaki u niego zaciągnąłem ostatniej nocy, a teraz ty kogoś szukasz. Mam nadzieję, że to nie ja, zapłaciłem wszystko! Do ostatniego knuta! - prawie, że krzyknął, ale zaraz uspokoił się odrobinę i chrząknął.
Przysłuchał się opisowi, jaki mu przedstawiłeś.
- Szukasz jakiegoś starca, tak? Sporo tu starych ludzi, młody człowieku. To twój dziadek? - zaśmiał się, chociaż nie było w tym dźwięku zwyczajowej rubaszności mieszkańca małej wioski. Śmiech brzmiał jakby coś chropowatego przejechało po szklanym stole i zostawiło rysy.
Jak na miejscowego, mężczyzna z którym miałeś przyjemność był dość rozmowny, prawdopodobnie z powodu paru piw, które już w siebie wlał. Przystanął przy tobie, gotowy na kolejne pytania ewentualnie dalsze wyjaśnienia, dlaczego nachodzisz miejscowy pub.
- A, ta, Patrick. Jestem Frank. - podał mu rękę, która była dość spracowana, jak na kogoś, kto większość życia zapewne używał rożdżkę. Za paznokciami miał ziemię, a skórę opuszków twardą i popękaną.