Nora nie widziała twarzy Williama, jednak stojąc tuż za nim była w stanie wyczuć, że ten irytuje się coraz bardziej. Sama Figg była roztrzęsiona. Tak wiele się tutaj działo, a ona chciała jedynie wrócić do domu. Bezpiecznie, bez żadnych dramatów, szkoda, że nie było to takie proste.
Na całe szczęście Madeline nie zarejestrowała, że to ona założyła wianek na głowę Grimesa, jeśli zaś o to chodzi Figg nie spuszczała z niego wzroku. Nie umknęło więc jej to, że wyzionął ducha. Tylko, czy już wcześniej nie był on martwy? Panikowała coraz bardziej, nie chciała go przecież zabić, ale chyba to zrobiła. Zaczeła się trząść. Przesunęła się do tyłu, w stronę ściany, osunęła się po niej i zaczęła łkać. To była jej wina, a chciała tylko pomóc.
Widziała całe zamieszanie, mężczyźni rzucili się na kobietę, w tym Cameron, za którego czuła się odpowiedzialna, wcześniej przecież to ona dowodziła w ich niewielkiej drużynie, co powinna zrobić? - Uspokójcie się wszyscy. - Wykrzyczała przez łzy, bo zaczynało to wyglądać groteskowo. Przepychali się z wiedźmą na podłodze. Tylko po co? Teraz przecież jej mąż już i tak nie żył, bo go zabiła.
Wtedy w chatce pojawił się znajomy duch. Przyfrunął tutaj do miłości swojego życia. Westchnęła jedynie, gdy usłyszała podziękowania, bo cóż, było to chyba nie do końca to, czego oczekiwała. Może i zakochani mogli wreszcie być razem, ale jakim kosztem? Dostrzegła Grimesa, który emanował jasnym światłem, może faktycznie wreszcie będzie mu dane zaznać szczęścia? Nie do końca jednak potrafiła się pogodzić z tym, że to ona została za to odpowiedzialna.