30.10.2022, 19:28 ✶
Patrick zmarszczył ciemne brwi. Również niespecjalnie znał się na piłce dwunożnej, choć oczywiście nie był na tyle głupi by nie domyślać się, po co Minister Magii mógłby chcieć użyć magii w mugolskich mistrzostwach. Na swoją obronę miał jeszcze to, że Quidditchem też się nie interesował. Osobiście preferował sporty, do których uprawiania wystarczyła jedna osoba. Relaksował się biegając. Lubił piesze wędrówki po górach. Lubił też popływać.
- Och, ja się zatrzymałem na etapie mugolskiej kochanki i próby uwiedzenia którejś Malfoyówny – wtrącił lekko. Ta druga plotka była tak absurdalna, że aż się zdziwił, gdy ją usłyszał. Gdyby było w niej choć ziarno prawdy, wszyscy męscy członkowie rodu Malfoyów (a pewnie również kilka kobiet) odwiedziłoby Nobby’ego żądając satysfakcji w formie magicznego pojedynku.
Upił z filiżanki trochę herbaty zaserwowanej mu przez Florence. Miło było posiedzieć w jej towarzystwie, nawet jeśli trafił tutaj tylko przez Stanleya. Doceniał w Bulstrode ten pragmatyzm, który nakazywał jej patrzeć szerzej niż jedynie przez pryzmat własnej lub cudzej krwi.
- Masz rację. Liczyłem się z tym, że mogę cię obrazić – rzucił z rozbrajającą szczerością. I cieszyło go, że mimo wszystko tego nie zrobił. – Może to wpływ Nobby’ego Leacha i plotek, które się dookoła niego unoszą, ale mam wrażenie, że ostatnio jeszcze więcej czarodziei zwraca uwagę na czystość krwi i te sprawy… - Tak jakby krew płynąca w żyłach Ministra Magii antagonizowała całą czarodziejską Anglię.
Popatrzył uważniej na Florence. Skupił uwagę na jej twarzy, jakby szukał tam oznak tego, że wiedziała o czymś więcej, ale nie do końca chciała się podzielić tymi informacjami. Uszanowałby to, sam nie mówił o wszystkim, o czym usłyszał.
- To jakaś klątwa? Długotrwała trucizna? Czy też sam doprowadził się do tego stanu? – zapytał, znowu sięgając po filiżankę z herbatą. Przy tym co usłyszał sprawa Stanleya wydała mu się nagle nieskończenie mało ważną. Ot, zwykła pijacka burda dwóch krewkich czarodziei. Pokręcił głową. – Nie, naprawdę jestem niemal zupełnie pewien, że Stanley nie zgłosi sprawy do Biura Aurorów. Ale to miłe, że oferujesz pomoc. Gdyby ktoś kiedyś chciał mnie zawiesić w pracy, będę biec do ciebie po ratunek – zażartował.
- Och, ja się zatrzymałem na etapie mugolskiej kochanki i próby uwiedzenia którejś Malfoyówny – wtrącił lekko. Ta druga plotka była tak absurdalna, że aż się zdziwił, gdy ją usłyszał. Gdyby było w niej choć ziarno prawdy, wszyscy męscy członkowie rodu Malfoyów (a pewnie również kilka kobiet) odwiedziłoby Nobby’ego żądając satysfakcji w formie magicznego pojedynku.
Upił z filiżanki trochę herbaty zaserwowanej mu przez Florence. Miło było posiedzieć w jej towarzystwie, nawet jeśli trafił tutaj tylko przez Stanleya. Doceniał w Bulstrode ten pragmatyzm, który nakazywał jej patrzeć szerzej niż jedynie przez pryzmat własnej lub cudzej krwi.
- Masz rację. Liczyłem się z tym, że mogę cię obrazić – rzucił z rozbrajającą szczerością. I cieszyło go, że mimo wszystko tego nie zrobił. – Może to wpływ Nobby’ego Leacha i plotek, które się dookoła niego unoszą, ale mam wrażenie, że ostatnio jeszcze więcej czarodziei zwraca uwagę na czystość krwi i te sprawy… - Tak jakby krew płynąca w żyłach Ministra Magii antagonizowała całą czarodziejską Anglię.
Popatrzył uważniej na Florence. Skupił uwagę na jej twarzy, jakby szukał tam oznak tego, że wiedziała o czymś więcej, ale nie do końca chciała się podzielić tymi informacjami. Uszanowałby to, sam nie mówił o wszystkim, o czym usłyszał.
- To jakaś klątwa? Długotrwała trucizna? Czy też sam doprowadził się do tego stanu? – zapytał, znowu sięgając po filiżankę z herbatą. Przy tym co usłyszał sprawa Stanleya wydała mu się nagle nieskończenie mało ważną. Ot, zwykła pijacka burda dwóch krewkich czarodziei. Pokręcił głową. – Nie, naprawdę jestem niemal zupełnie pewien, że Stanley nie zgłosi sprawy do Biura Aurorów. Ale to miłe, że oferujesz pomoc. Gdyby ktoś kiedyś chciał mnie zawiesić w pracy, będę biec do ciebie po ratunek – zażartował.