11.05.2023, 13:36 ✶
- Nie mam pojęcia. Może psy też czasem chcą popełnić samobójstwo – stwierdziła Brenna i nawet nie był to żart z jej strony, bo zwyczajnie na normalnych zwierzętach średnio się znała. Jej stosunkowo niewielkie doświadczenia dotyczyły trzech psów, które przebywały w ich domu od jakiegoś czasu i do tej pory żaden nie przejawiał chęci skakania z dużej wysokości.
- Najpierw mała miska – mruknęła Brenna, spoglądając na lekko zapadnięte boki. Miała wrażenie, że zbyt wiele jedzenia na raz mogłoby mu zaszkodzić. – I eee, te, no, tabletki na odrobaczenie? – Spróbowała sobie przypomnieć, co dokładnie zaordynowano psiakom, które sprowadzili do rezydencji… Chyba jeszcze nawet kilka zostało. – Kąpiel obowiązkowo, zanim przedstawimy tego psa mamie, inaczej pewnie wywali nas z domu razem z nim. Albo nad nim się zlituje, ale nad nami już nie bardzo. I wątpię, żeby ktoś obłożył go klątwą, ale Dani może to sprawdzić sama. Od jakiegoś czasu przecież kształci się w tym kierunku. Ale chyba nie jesteśmy… aż tak pechowi… żeby natykać się na przeklęte zwierzęta…
A przynajmniej Brenna miała wielką nadzieję, że tak właśnie jest.
Brenna kiwnęła głową, a potem pobiegła ku schodkom, wiodącym w dół. Dopiero gdy zagłębiła się we mgle, która dotąd skrywała to, co znajdowało się na dole, uświadomiła sobie w pełni, jak wysoko tutaj było. Pies albo zginąłby na miejscu, albo umierał powoli, czy to z powodu obrażeń wewnętrznych, czy też dlatego, że miałby połamane łapy. Choć wiedziała, że jest to nieco ryzykowne, wyciągnęła nawet różdżkę, szepcąc lumos pod nosem – ostatecznie mugole mieli jakieś tam latarki czy inne cuda, nawet jeśli ktoś zobaczy to światło, pewnie w ten sposób wytłumaczy sobie jego istnienie. Brenna ostrożnie przeszła się przez zabłocony brzeg. Ubabrała sobie przy tym buty – a dopiero co jedne zniszczyła podczas przygody nad drewnianym molo… - nogawki spodni, kilka gałązek przyczepiło się jej do ubrań, ale niczego nie znalazła. Żadnych szczeniaków, żadnego człowieka, rannego, martwego czy po prostu spacerującego.
Pies najwyraźniej był tutaj sam i ot tak, nagle, ni z tego, ni z owego, przyszło mu do głowy, by skoczyć w dół.
Zgasiła zaklęcie i wdrapała się pośpiesznie z powrotem w górę, by wrócić do brata.
– Nic, zero, null, nada. Jedno, co przychodzi mi do głowy, to że może w pobliżu była jakaś norka albo lis, jakimś cudem ją zobaczył i za nim skoczył…? Słyszałam, że koty potrafią wyskoczyć z balkonów na wysokich piętrach za muchą albo ptakiem, więc może pies, który zobaczy coś takiego, też? Eee, nie znam się na tym, ale jak to po części terier, to one nie są hodowane do polowań, czy coś takiego? – zastanowiła się, spoglądając na psa. Ten spróbował zaskomleć, chyba niezbyt zadowolony ani z tego, że jest trzymany na smyczy, ani z kagańca. Brenna jednak w tym przypadku pozostała absolutnie nieugięta: nie mogli puścić go znowu.
– To chodźmy dalej… Tylko… Może jeśli mamy go przeprowadzić przez ten most znowu, to albo mocno go trzymaj, albo wezmę go na ręce… – wymruczała. Ot tak na wszelki wypadek, bo wolała uniknąć kolejnych „przygód”. Po czym jej wzrok powędrował ku resztce gofra, leżącej wciąż na moście.
Brenna wydała z siebie przeciągłe westchnienie.
– Świat chyba sugeruje mi przejście na dietę.
- Najpierw mała miska – mruknęła Brenna, spoglądając na lekko zapadnięte boki. Miała wrażenie, że zbyt wiele jedzenia na raz mogłoby mu zaszkodzić. – I eee, te, no, tabletki na odrobaczenie? – Spróbowała sobie przypomnieć, co dokładnie zaordynowano psiakom, które sprowadzili do rezydencji… Chyba jeszcze nawet kilka zostało. – Kąpiel obowiązkowo, zanim przedstawimy tego psa mamie, inaczej pewnie wywali nas z domu razem z nim. Albo nad nim się zlituje, ale nad nami już nie bardzo. I wątpię, żeby ktoś obłożył go klątwą, ale Dani może to sprawdzić sama. Od jakiegoś czasu przecież kształci się w tym kierunku. Ale chyba nie jesteśmy… aż tak pechowi… żeby natykać się na przeklęte zwierzęta…
A przynajmniej Brenna miała wielką nadzieję, że tak właśnie jest.
Brenna kiwnęła głową, a potem pobiegła ku schodkom, wiodącym w dół. Dopiero gdy zagłębiła się we mgle, która dotąd skrywała to, co znajdowało się na dole, uświadomiła sobie w pełni, jak wysoko tutaj było. Pies albo zginąłby na miejscu, albo umierał powoli, czy to z powodu obrażeń wewnętrznych, czy też dlatego, że miałby połamane łapy. Choć wiedziała, że jest to nieco ryzykowne, wyciągnęła nawet różdżkę, szepcąc lumos pod nosem – ostatecznie mugole mieli jakieś tam latarki czy inne cuda, nawet jeśli ktoś zobaczy to światło, pewnie w ten sposób wytłumaczy sobie jego istnienie. Brenna ostrożnie przeszła się przez zabłocony brzeg. Ubabrała sobie przy tym buty – a dopiero co jedne zniszczyła podczas przygody nad drewnianym molo… - nogawki spodni, kilka gałązek przyczepiło się jej do ubrań, ale niczego nie znalazła. Żadnych szczeniaków, żadnego człowieka, rannego, martwego czy po prostu spacerującego.
Pies najwyraźniej był tutaj sam i ot tak, nagle, ni z tego, ni z owego, przyszło mu do głowy, by skoczyć w dół.
Zgasiła zaklęcie i wdrapała się pośpiesznie z powrotem w górę, by wrócić do brata.
– Nic, zero, null, nada. Jedno, co przychodzi mi do głowy, to że może w pobliżu była jakaś norka albo lis, jakimś cudem ją zobaczył i za nim skoczył…? Słyszałam, że koty potrafią wyskoczyć z balkonów na wysokich piętrach za muchą albo ptakiem, więc może pies, który zobaczy coś takiego, też? Eee, nie znam się na tym, ale jak to po części terier, to one nie są hodowane do polowań, czy coś takiego? – zastanowiła się, spoglądając na psa. Ten spróbował zaskomleć, chyba niezbyt zadowolony ani z tego, że jest trzymany na smyczy, ani z kagańca. Brenna jednak w tym przypadku pozostała absolutnie nieugięta: nie mogli puścić go znowu.
– To chodźmy dalej… Tylko… Może jeśli mamy go przeprowadzić przez ten most znowu, to albo mocno go trzymaj, albo wezmę go na ręce… – wymruczała. Ot tak na wszelki wypadek, bo wolała uniknąć kolejnych „przygód”. Po czym jej wzrok powędrował ku resztce gofra, leżącej wciąż na moście.
Brenna wydała z siebie przeciągłe westchnienie.
– Świat chyba sugeruje mi przejście na dietę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.