Uważał. Zazwyczaj. A przynajmniej sprawiał takie wrażenie. To nie tak, że był na bakier z nauką. Po prostu każdy miał inne talenty, a Erika raczej nie leżał w transmutacji. Znał podstawy i potrafił dokonać drobnych modyfikacji, jednak znał osoby, które zdecydowanie lepiej sobie radziły z tajnikami tej szkoły magii. I na dodatek znały na blachę podstawowe zasady prawa Gampa.
— Wolałem Obronę Przed Czarną Magią i Latanie. — Starał się zgrywać niewzruszonego komentarzem, jednak kiedy wytknięto mu błąd, zaczął się niespokojnie kręcić na siedzeniu. Podrapał się po policzku, chcąc, chociaż częściowo ukryć rumieniec, który wykwitł na jego twarzy. — Poza tym oszukanie żołądka to też całkiem dobra strategia. Wprawdzie krótkotrwała, ale w niekorzystnych warunkach skuteczna.
Jak można zapomnieć zapalniczki? I to na dodatek tak drogiej, pomyślał z niezadowoleniem, dorzucając jeszcze w myślach parę inwektyw na temat swojej nieuwagi. Powinien przed wyjściem sprawdzać za każdym razem, czy aby na pewno ma ją ze sobą. A co jeśli nie zostawił jej w domu, tylko gdzieś w biurze? Tyle latania, zanim ją odnajdzie, o ile w ogóle ją odzyska. Może przygarnął ją jakiś leniwy współpracownik? Wodospad podejrzeń został gwałtownie wstrzymany, gdy Erik dostrzegł podsuwaną mu paczkę papierosów. Wypuścił głośno powietrze przez usta i skinął ledwie zauważalnie głową.
— Dzięki. Ratujesz mnie — przyznał, wyciągając z paczki jedną fajkę, aby po chwili ją odpalić przy pomocy różdżki. Zdecydowanie było to mniej eleganckie niż zapalniczka z grawerem od jubilera. Zaciągnął się papierosem, uspokajając się nieco. — No... Tak? — Zmarszczył brwi, skonsternowany tym, że sześć skrzyń wydało się takie dziwne. Czy to było jej zdaniem za mało? — Wybacz, może źle się wyraziłem. Wyobraziłem sobie po prostu składniki o małych gabarytach, które można dostać w sklepach. Słoiki pełne jakichś proszków i tak dalej. Wtedy duża ich ilość mogłaby zmieścić się do jednej skrzyni, więc większa dostawa zamknęłaby się na kilku skrzyniach. — Uciekł wzrokiem w bok, przeklinając się, że nie potrafi wyrazić się bardziej zrozumiale.
Może jednak nie był najlepszą osobą do tego typu zadań? Gdyby mógł mówić wprost, bez ogródek i zdradzić kobiecie całą prawdę, pewnie wytłumaczenie całej operacji poszłoby o wiele sprawniej. A tutaj musiał lawirować, operować niedopowiedzeniami i obietnicami dostarczenia szczegółów w późniejszym terminie. Zanotował jednak, żeby omówić kwestię listy ze swymi kompanami. Nawet nie tylko ze Stewardem ile, chociażby również z Danielle. Z obecnych mieszkańców posiadłości była najbardziej obyta w sztuce leczenia, więc pewnie wiedziała, jakie zapasy najbardziej by się im przydały do wytwarzania różnych specyfików.
— Hej, ja jestem tylko pośrednikiem. Pewnie nawet nie pozwolą mi spróbować uwarzyć eliksiru. — odparł, śmiejąc się niewesoło. — Ledwo odzyskałem wstęp do kuchni, nie mówiąc już o spiżarni. Jakby mnie dopuścili do tego, co jeszcze nam się ostało, to kto wie, jak by się to skończyło. — Pokręcił głową. O zupełnym braku umiejętności Erika w kuchni krążyło już kilka plotek, a przy wyrobie eliksirów szło mu niewiele lepiej. W końcu i to, i to zakładało wymierzenie odpowiednich proporcji, mieszanie w odpowiedniej chwili, odmierzanie czasu i kontrolowanie ognia. — To dobrze, że ktoś ci pomaga. Zwłaszcza po tym, co ostatnio opowiadałaś. Lepiej mieć w okolicy kogoś, kto ogarnia twoje plecy. Tak na wszelki wypadek.
Westchnął ciężko. Opowiadała mu o tym, że ma wrażenie, że wylądowała na celowniku ekstremistów. Gdyby sama wszystko robiła, szanse na to, że ktoś zdecyduje się na atak, znacząco wzrastały. W końcu samotny cel był łatwym kąskiem. Ale duet, trio, czy większa grupa? Tutaj już potrzebowaliby więcej informacji lub dodatkowych chętnych do ataku. Erik pokręcił głową, odpędzając od siebie te myśli.
— Nie mamy zbytnio wyboru. Przy tak dużej liczbie ludzi w posiadłości, pewnych braków nie można zignorować. Zwłaszcza że ostatnio adoptowaliśmy jeszcze w sumie cztery psy. Wykarmienie ich to też niemałe wyzwanie — Uśmiechnął się pod nosem. Osobiście nie przeszkadzała mu taka ilość zwierzaków w domu, aczkolwiek podejrzewał, że rodzice i dziadek mieli co do tego nieco inne podejście. Ubytki w portfelu były jednak zauważalne. W końcu zakup ekwipunku czy dobrej karmy musiał swoje kosztować. — Buchorożce, serio? Może ktoś sobie wymyślił, że chce nowe trofeum do salonu, żeby mieć czym się pochwalić na jesień.
Czystokrwiści mieli swoje zachcianki. Jak zresztą wszyscy ludzie. Jedyne co ich wyróżniało od innych to fakt, że mieli więcej pieniędzy, co pozwalało im zainwestować w nieco niestandardowe hobby. Posiadanie własnej stadniny koni? Bogaty ogród z posągami na każdym kroku? Biblioteka z czarnomagicznymi manuskryptami? Wypchane hipogryfy? Posiadanie pamiątki w formie buchorożca nie odbiegało zbytnio od tego obrazu.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞