Ludzie mają warstwy, a każda z nich skrywała kolejne sekrety i przemyślenia, które niekoniecznie powinny ujrzeć światło dzienne z wyjątkiem dokładnie określonych okoliczności. Nigdy nie ma się pewności, czy druga osoba jest w stu procentach szczera, a jednak każdy chce wierzyć, że zna swoich bliskich. Mało kto jednak chętnie odkrywał swoje karty i wykładał na stół skrytego w rękawie asa. Lepiej mieć zabezpieczenie na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. To pozwalało na uniknięcie różnych komplikacji. I chyba właśnie dlatego wykonanie pierwszego kroku w stronę obopólnego zaufania było tak ważne. Erik był skłonny go wykonać, tak samo, jak był gotów cierpliwie poczekać, aż druga osoba uzna, że nadszedł czas, aby podzielić się z nim pewnymi informacjami.
Poza tym, tak jak Elliott zmagał się z konsekwencjami własnych decyzji, które ciążyły mu na duszy, tak Longbottom coraz dobitniej odczuwał w ostatnich dniach, że walka o lepsze jutro w tym świecie wcale nie będzie taka łatwa. Nie wmawiał sobie, że będzie to historia jak z bajki, jednak i tak zaskakiwało go to, że droga ta nie była usłana różami. Wręcz przeciwnie. Na każdym kroku czaiły się potencjalne problemy. Nawet teraz, chociaż jeszcze nic się nie stało, na horyzoncie gromadziły się już kolejne pytania, na które wiedział, że nie będzie w stanie odpowiedzieć, o ile dotrwa do rano. Choćby nie wiadomo, jak się starał, nie mógł powiedzieć, że zgrabnie godzi ze sobą współpracę z organizacją Dumbledore'a z pracą w Ministerstwie Magii. Jego szczerość została naruszona i raczej szybko nie wróci do stanu sprzed paru lat. Kolejna rysa na obrazie „perfekcyjnego” detektywa.
— Pokracznie? — powtórzył, odrywając się od własnych przemyśleń. — Wypraszam sobie. W relacjach międzyludzkich radzę sobie wyśmienicie. Wystarczy spytać kogokolwiek. — rzucił z obrażoną miną, aby po chwili parsknąć gromkim śmiechem. Reporterzy, Brenna czy nawet Nora raczej nie podzieliliby tej opinii. Owszem, dobrze sobie radził z ludźmi, jednak zdarzały mu się gafy. Bywał chwilami zbyt obcesowy. Ludzie dopuszczali go do siebie, ale oznaczało to także, że jego nadmierna szczerość (tudzież bezczelność) mogły w nich uderzyć dużo bardziej dotkliwie. I to zazwyczaj w najmniej spodziewanym momencie. — Sobie też nie powinieneś umniejszać. To ci nie przystoi. W końcu taki lew salonowy z ciebie.
Gdyby nie to, że z tyłu jego głowy wciąż majaczyło ryzyko tego, że ten wieczór może się skończyć w dosyć niebezpieczny sposób, być może Erik pozwoliłby sobie na uraczenie przyjaciela bardziej wyrafinowanymi komplementami. Jakby wytężył te kilka szarych komórek, które jeszcze pracowały o tej porze, to może nawet wymyśliłby coś, co sprawiłoby, że Elliott faktycznie zrobiłby się czerwony jak burak. Niby taki niepozorny gest, a jaką by sprawił satysfakcję, pomyślał przelotnie.
— Wiem, jakoś pod koniec miesiąca, jeśli dobrze kojarzę — przyznał niewzruszony, starając się stłumić uśmiech satysfakcji. Oczywiście, że wiedział, kiedy Elliott ma urodziny. Bądź co bądź, zdarzało mu się wysłać kilka kartek z życzeniami, paczek z prezentami czy po prostu zjawić się na przyjęciu. Wbrew pozorom jego siostra nie zajmowała się wszystkim. — Zaplanowałem już coś na sierpień. O to się nie martw. — Uśmiechnął się tajemniczo. Miał kilka pomysłów w zanadrzu, które w gruncie rzeczy czekały tylko na odpowiedni moment, aby je zrealizować. Elliott nie musiał jednak wiedzieć, że plany względem jego osoby były dosyć... ruchome w kontekście konkretnych dat. — Wypadałoby też wyglądać młodo. Dobrze, że tym żaden z nas nie ma problemów.
Pokiwał ze zrozumieniem głową. Faktycznie, co za dużo, to nie zdrowo, a nie mógł ryzykować, że znowu się wpakuje w jakieś choróbsko. Wprawdzie wątpił, aby kwiatki z wianków były przeklęte, ale uprzykrzająca życie alergia pewnie grałaby mu na nerwach z równie dużą intensywnością, co ostatnia klątwa. Wzdrygnął się na samą myśl.
— Nie powiem, kusisz — rzucił z przekorą w głosie. — Niestety, nie wsadzamy dziś ludzi do aresztu, więc tylko wypisujemy mandaty. Złe parkowanie, zaburzenia porządku na obchodach, niepokorność względem panujących tu zasad i tak dalej. A chyba nie chcesz mieć takich brudów w papierach, co? — Uniósł pytająco brwi, jakby faktycznie rozważał wlepienie mandatu na życzenie. Zawsze to jakieś podbicie statystyk na tle innych pracowników.
Spiął się minimalnie, gdy spostrzegł, że jego słowa wywołały dosyć osobliwą reakcję. Powiedział coś niewłaściwego. Na pewno. Czyżby pozwolił sobie na zbyt dużą bezpośredniość? Jeśli tak, to powinien się wycofać z obecnej pozycji, oszczędzić sobie wstydu lub, Merlinie broń, krytyki ze strony swojego rozmówcy. Erik już miał na końcu języka dosyć ubogie przeprosiny, w których planował zrzucić zbytnią wolność wypowiedzi na późną porę, wino i niedawny wysiłek fizyczny. A no i stres. Bądź co bądź, dalej był w pracy, Malfoy odwrócił jego uwagę od tego i sprawiał, że zapominał o roli, jaką miał tu odegrać.
— J-ja... — zaczął, jąkając się nieco, jednak nie zdołał nawet sformułować połowy zdania, gdy mężczyzna wszedł mu w słowo. Zamrugał, słysząc jego pytanie, nieco zbity z tropu tym, że Elliott momentalnie odzyskał rezon. — Cóż, ja... Tak. Owszem. Taki zwrot akcji mógłby mieć miejsce. — Uśmiechnął się, lekko unosząc kąciki ust. Uciekł wzrokiem w bok, jednak ten równie szybko wrócił na swoje miejsce. – Powiedzmy, że my – Longbottomowie – mamy swoje sposoby na zatrzymanie w domu ludzi, których chcemy mieć w pobliżu. A ja lub... doceniam, gdy kręcisz się w okolicy.
Powłóczył wzrokiem za dłonią Elliotta, gdy ta się odsunęła od jego własnej.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞