Schody nie były ich przyjacielem. Nie tylko dzisiaj, zazwyczaj sprawiały jedynie problemy, szczególnie gdy nie chciano na siebie zwracać uwagi. Drewno lubiło skrzypieć, szczególnie kiedy miało lata swojej świetności za sobą. Oczywiście tak się stało i teraz.
Gerry westchnęła cicho, gdy usłyszała dźwięk, który rozległ się po pomieszczeniu, gdy Ida wdrapywała się w górę. Teraz to już wszyscy będą wiedzieć, że one są w środku. No nic, jakoś sobie z tym poradzą. W końcu Moody była wprawioną aurorką, a ona myśliwą. Nie mogła mieć lepszego towarzystwa. Kobiety były doświadczone w boju i jakiś, pierwszy, lepszy śmierciożerca nie powinien być dla nich zagrożeniem. Nie, żeby go lekceważyła, miała świadomość, że wystarczy jedna nieracjonalna decyzja, a może się to źle skończyć.
Dlatego też panna Yaxley szła z różdżką uniosioną w górę, gotowa do ewentualnego ataku. Miało do tego dojść zdecydowanie szybciej niż się spodziewała. Ida szła przed nią, więc nie widziała zbyt wiele. Jednak słyszała, ten zmysł nigdy jej nie oszukiwał, a że była wprawiona w poszukiwaniu zwierzyny to doszły do niej dźwięki, które wydawał mężczyzna.
- Jasne, nie musisz powtarzać dwa razy. - Machnęła różdżką, aby przetransportować niewielkiego pluszaka, którego w locie transmutowała w ogromnego, miał uderzyć śmierciożercę, wybić go z rytmu, spowodować, że się przewróci i straci równowagę. Wtedy będą mogły go spętać. Powtórzyła ten manewr kilka razy, w końcu musiało jej się udać trafić.