Nie wiedział, czy to dobrze, czy źle, że wciąż siedział w pamięci Śmierciożerców. Wszelkie konflikty moralne podduszały go tak długo, że powoli wyblakły, tak jak wszelkie inne emocje. Pozostał tylko wieczny niepokój urozmaicony okazjonalnym strachem, że komuś nie spodobają się jego usługi, bądź odkryty zostanie jego prawdziwy status krwi. Na szczęście nikt z popleczników Voldemorta nie miał kontaktu z austriackimi czarodziejami, którzy mogliby poinformować o braku takiej rodziny jak von Jundegingen.
Vulturis postanowił pociągnąć za smycz ponownie i Ezechiel znalazł się w wyznaczonym miejscu o wyznaczonym czasie. Ubrany był jak zwykle w niewyróżniającą się czarodziejską szatę w ciemnych barwach. Od tyłu można by go pomylić z każdym. Starając się skupić na oddechu, podszedł do Śmierciożercy.
— Dzień dobry.
Zapomniał? Oby nie chodziło o coś, co Ezechiel miał przynieść i w ogóle domyślić się, że ma to zrobić. Ale nie. Urodziny. Tylko jaki prezent miał na myśli? Ma skonstruować bombę w pluszaku? Zatruty tort? Zamknąć Vulturisa w dużym, kolorowym pudełku i postawić na środku salonu? A może powinni się przebrać za klaunów i sugerować, że są prezentem-niespodzianką od sąsiadów? Nie, Ez nie pomyślał od razu o Cruciatusie. Podejrzewał Śmierciożercę o trochę więcej kreatywności.
Ezechiel pomyślał, że otworzenie drzwi nie będzie najtrudniejsze, a dostanie się do środka tak, by wszyscy nie pouciekali. Nie odezwał się jednak. Nie mu planować te zasadzki, poza tym plan Vulturisa dawał szansę niektórym na ucieczkę. Szczególnie, jeśli ten zacznie spełniać swoje sadystyczne zachcianki zamiast skutecznie zlikwidować jedną ofiarę po drugiej.
Kiwnął głową. Niczym uliczny magik wyczarował sobie prowizoryczne pudełko przewiązane czerwoną wstążką, a z różdżki wystrzelił pęk baloników. Stanął przed drzwiami ofiary i zapukał do drzwi. Musiał ponowić swoje pukanie, bo nie było go słychać. Wtedy też dostrzegł dzwonek. Zadzwonił. Ale to wciąż na nic. Mógł się odwrócić w stronę Śmierciożercy i wzruszyć ramionami na znak, że nikt nie chce otworzyć. Ale wtedy Avada przeleciałaby mu obok ucha. Zadzwonił więc raz jeszcze. Otworzyła mu kobieta i zderzyła się z jego zmęczonymi oczami. Ezechiel starał się wyskrobać uśmiech.
— Dzień dobry! Przepraszam, że przeszkadzam w świętowaniu, chciałem tylko złożyć życzenia...
Krótko i na temat. Nawet nie musiał wiedzieć, kto te urodziny ma. Kobieta patrzyła na niego podejrzanie, ale w końcu poszła poszukać jubilata.