16.05.2023, 22:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.05.2023, 22:21 przez Mellvyn Ollivander.)
Szczęk zamka jak zew banshee; czuł, jakby serce stanęło mu na ułamek sekundy. Nie poderwał się z krzesła - czekał. To nie mógł być nikt inny, to była ona. Czy powinien podbiec do drzwi i przywitać ją jak pies? Nie powinien, ale chciał to zrobić i to zaskakująco mocno. Bo cieszył się przecież z jej powrotu, właściwie tylko na niego czekał. Siedział jednak w ciszy napięty, jak struna. Pocił się. I czekał.
Nim dotarła do kuchni, jej mieszkanie wydawało się niemalże tak samo puste, jak przed tym, nim się tu do niej wprowadził. Jedyną różnicę stanowiła para znoszonych butów stojąca pod ścianą przedpokoju i garść świeżego popiołu w popielniczce na stoliku w salonie. Albo w ogóle tutaj nie bywał, albo na bieżąco sprzątał po sobie każdy drobiazg.
Zastanawiał się, co jej powie. Spojrzał po stole zastawionym kilkudziesięcioma flakonami, na które nalepiał etykiety. Jego pismo - wąskie, pochyłe i chaotyczne - przypominało cyrylicę nawet bardziej, niż trochę. Część naklejek zrywał po kilka razy, bo nie potrafił skupić się na tyle, żeby nie popełnić ani jednego błędu. Szkoda, że w życiu tak się nie dało; westchnął ciężko. Już słyszał szelest jej kroków tuż-tuż pod drzwiami. Nie miał czasu. W ostatnim geście desperacji spojrzał na wejście, tam, gdzie zaraz pojawi się jej twarz. A spojrzał prosząco, niemal błagalnie.
W półmroku pojedynczej świecy jego oczy wydawały się zupełnie czarne. Był na haju.
Szybował wysoko, jak jebany latawiec. Widziała to też po jego lekko nieskładnych ruchach, gdy wskazał na kuchenkę, i po mimice, gdy uśmiechnął się do niej szeroko i promiennie. Nie wyglądało to na pazur; był zbyt rozluźniony. Jakby był w swoim własnym świecie.
- Jest... zupa. Zrobiłem zupę. - Istotnie, powietrze w pomieszczeniu było aż ciężkie od trudnego do zaklasyfikowania smrodu. - Chcesz zupę?
Głos mu drżał, nie był w stanie tego zamaskować. Ewidentnie się jej, kurwa, bał i ewidentnie nie chciał też jej o tym powiedzieć. A im dłużej na nią patrzył, tym dziwniej się z tym czuł. Nie obchodziło go to, że Jego Pani jest tuż po podróży - sam lata spędził brudny i spocony.
Nim dotarła do kuchni, jej mieszkanie wydawało się niemalże tak samo puste, jak przed tym, nim się tu do niej wprowadził. Jedyną różnicę stanowiła para znoszonych butów stojąca pod ścianą przedpokoju i garść świeżego popiołu w popielniczce na stoliku w salonie. Albo w ogóle tutaj nie bywał, albo na bieżąco sprzątał po sobie każdy drobiazg.
Zastanawiał się, co jej powie. Spojrzał po stole zastawionym kilkudziesięcioma flakonami, na które nalepiał etykiety. Jego pismo - wąskie, pochyłe i chaotyczne - przypominało cyrylicę nawet bardziej, niż trochę. Część naklejek zrywał po kilka razy, bo nie potrafił skupić się na tyle, żeby nie popełnić ani jednego błędu. Szkoda, że w życiu tak się nie dało; westchnął ciężko. Już słyszał szelest jej kroków tuż-tuż pod drzwiami. Nie miał czasu. W ostatnim geście desperacji spojrzał na wejście, tam, gdzie zaraz pojawi się jej twarz. A spojrzał prosząco, niemal błagalnie.
W półmroku pojedynczej świecy jego oczy wydawały się zupełnie czarne. Był na haju.
Szybował wysoko, jak jebany latawiec. Widziała to też po jego lekko nieskładnych ruchach, gdy wskazał na kuchenkę, i po mimice, gdy uśmiechnął się do niej szeroko i promiennie. Nie wyglądało to na pazur; był zbyt rozluźniony. Jakby był w swoim własnym świecie.
- Jest... zupa. Zrobiłem zupę. - Istotnie, powietrze w pomieszczeniu było aż ciężkie od trudnego do zaklasyfikowania smrodu. - Chcesz zupę?
Głos mu drżał, nie był w stanie tego zamaskować. Ewidentnie się jej, kurwa, bał i ewidentnie nie chciał też jej o tym powiedzieć. A im dłużej na nią patrzył, tym dziwniej się z tym czuł. Nie obchodziło go to, że Jego Pani jest tuż po podróży - sam lata spędził brudny i spocony.