16.05.2023, 23:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.05.2023, 23:37 przez Mellvyn Ollivander.)
Jego uśmiech stopniowo przekształcał się w grymas bólu, gdy uważnie śledził kolejne jej ruchy. Widział błysk szkła wyciąganego z szafki; wiedział, czym ono było, ale chwilę jeszcze próbował udawać, że wcale nie. Skulił się nieświadomie, kiedy zaczęła pić duszkiem z butelki. Paliło go pod sercem poczucie winy i to dosłownie czuł fizyczny ból, chociaż nawet nie wiedział, jakim cudem to było możliwe. Może to już ognie piekielne muskały jego duszę.
Patrzył na nią ze łzami w oczach wciąż w pewien sposób sielskich. Szukał pokuty, czekał na pokutę. Myśli tak mu się rozbiegały, że przez dobrą minutę nie potrafił zareagować w żaden inny sposób. Próbował jakoś przetrawić to, że ją rozczarował i że popchnął ją do robienia tego, co właśnie robiła. Pościła, męczyła się - zupełnie jakby to ona ponosiła karę za jego czyny.
Gdyby wróciła rano, zdążyłby się już pozbierać. Byłby po prostu niedospany, a zawsze był niedospany. Mógłby jej później opowiedzieć o wszystkim w spokoju, w dogodnej, wybranej przez niego sytuacji. Ale może nie powinien. Może właśnie o to chodziło.
Chodziło o cierpienie.
Ostrożnie odstawił trzymany bezwiednie flakon na blat i ze zgrzytem odwrócił krzesło w kierunku Jego Pani. Wszystko, co widział, było takie rozmyte, ledwo orientował się w pulsujących bezustannie krawędziach i perpetualnie przeinaczających się kolorach; jej twarz i jej oczy wydawały mu się wyjątkowo piękne tej nocy, tylko on mógł wiedzieć dlaczego.
- Przyjeb mi, no dalej - mówił niemrawo, błogo, a ogniki błyskały mu w szeroko otwartych oczach. - Wiem, że zasłużyłem.
Aż nie mógł uwierzyć, jak dobrze było poczuć dym jej tanich fajek. Wcześniej tego nie zauważał, ale dzisiaj? Kurwa, przypominały mu najbardziej beztroskie z leśnych nocy. W ledwie kilka uderzeń serca znalazł się daleko stąd, uwolniony ze ścian kuchni, uwolniony z labiryntów ulic ponurego miasta. Ah, wtedy jeszcze był taki młody, taki pełny nadziei, gdy godzinami leżeli z chłopakami w cykającej pasikonikami trawie. Tanie wino i gwiazdy.
Patrzył na nią ze łzami w oczach wciąż w pewien sposób sielskich. Szukał pokuty, czekał na pokutę. Myśli tak mu się rozbiegały, że przez dobrą minutę nie potrafił zareagować w żaden inny sposób. Próbował jakoś przetrawić to, że ją rozczarował i że popchnął ją do robienia tego, co właśnie robiła. Pościła, męczyła się - zupełnie jakby to ona ponosiła karę za jego czyny.
Gdyby wróciła rano, zdążyłby się już pozbierać. Byłby po prostu niedospany, a zawsze był niedospany. Mógłby jej później opowiedzieć o wszystkim w spokoju, w dogodnej, wybranej przez niego sytuacji. Ale może nie powinien. Może właśnie o to chodziło.
Chodziło o cierpienie.
Ostrożnie odstawił trzymany bezwiednie flakon na blat i ze zgrzytem odwrócił krzesło w kierunku Jego Pani. Wszystko, co widział, było takie rozmyte, ledwo orientował się w pulsujących bezustannie krawędziach i perpetualnie przeinaczających się kolorach; jej twarz i jej oczy wydawały mu się wyjątkowo piękne tej nocy, tylko on mógł wiedzieć dlaczego.
- Przyjeb mi, no dalej - mówił niemrawo, błogo, a ogniki błyskały mu w szeroko otwartych oczach. - Wiem, że zasłużyłem.
Aż nie mógł uwierzyć, jak dobrze było poczuć dym jej tanich fajek. Wcześniej tego nie zauważał, ale dzisiaj? Kurwa, przypominały mu najbardziej beztroskie z leśnych nocy. W ledwie kilka uderzeń serca znalazł się daleko stąd, uwolniony ze ścian kuchni, uwolniony z labiryntów ulic ponurego miasta. Ah, wtedy jeszcze był taki młody, taki pełny nadziei, gdy godzinami leżeli z chłopakami w cykającej pasikonikami trawie. Tanie wino i gwiazdy.