31.10.2022, 01:25 ✶
Odejście starego roku i nadejście nowego zazwyczaj kojarzyło się z nadzieją. Nadzieją, że zmiana cyfry w kalendarzu w jakiś magiczny sposób sprawi, że przeszłość zostanie oddzielona kreską, a nadchodząca przyszłość odmaluje się w lepszych barwach.
Nadzieją, że stare błędy nie zostaną powtórzone, że uda się wszystko naprostować, że fortuna okaże się pomyślna, a dotychczasowe kłody pod nogami zostaną usunięte.
Zmiana wisiała w powietrzu, czuła to. Tylko tym razem nie pachniała nadzieją, wręcz przeciwnie. Pachniała stęchlizną i śmiercią, której spodziewała się coraz więcej i więcej. Odkąd tylko Voldemort ogłosił swój manifest, odkąd zaczęły się ataki, widziała przyszłość w coraz ciemniejszych barwach. Coraz cięższe chmury zbierały się nad głowami wszystkich; gdzieś pod skórą czuła, że w końcu lunie z nich rzęsisty deszcz. A w zasadzie nie tylko lunie – przewidywała burzę stulecia, niszczący żywioł, zmiatający po drodze wszystko, co się tylko dało.
Jednakże jednocześnie nadzieja była tym, co umierało ostatnie; stąd też miały w planach zabawę do samego rana – pozwalającą choćby na chwilę zapomnieć o aktualnej sytuacji - skoro nie przydzielono im żadnej służby. Mavelle próbowała się jej chwytać – tej niewielkiej odrobiny, która pozwalała nie osunąć się w czarną otchłań beznadziei, dawała siły do działania.
Bo jeśli nikt nie podniesie różdżki w obronie, jeśli nikt się nie sprzeciwi, jeśli wszyscy jedynie ugną kark – wtedy dopiero prawdziwie zniknie wszelkie światło. Dlatego też nie mogła, nie chciała, nie potrafiła odmówić wezwaniu.
Światło nadziei musiało przetrwać, choćby miało się jedynie tlić.
Wkroczyła tuż za Brenną; nie tak rozczochrana, biorąc pod uwagę, że czarne włosy poskromiła, splatając je w dość ciężki warkocz, aczkolwiek jeśli spojrzeć na odzienie – cóż, z pewnością nie wygrałaby konkursu na najschludniejszy przyodziewek, o ile taki by w ogóle istniał – najwyraźniej złapała coś, co miała pod ręką i nie kłopotała się rzucaniem zaklęć mających wygładzić wszystkie załamania materiału. Niby kwestia sekund, ale równie dobrze te kilka sekund mogło zaważyć o być albo nie być sukcesie misji, której cel właśnie miały poznać.
- Cześć – rzuciła pośpiesznie, posyłając Patrickowi blady uśmiech. Sama nie usiadła, wsadziła tylko ręce w kieszenie kurtki, obecnie rozpiętej. Rzuciła za to okiem w stronę blatu stołu, a konkretniej rozłożonej na nim… zdaje się, mapki. Zacisnęła lekko wargi, słuchając wyjaśnień. Jeszcze mocniej, gdy padły słowa o neutralizacji.
Swego rodzaju niewinność straciła już dawno temu, wyraźnie przekonując się, iż świat nie był tak czarno-biały, jak wydawało się w niemalże zamierzchłych już czasach. Praca w Brygadzie hartowała, zmieniała spojrzenie na wiele rzeczy; i choć w teorii była wierna ideałom, to osobiście też wkroczyła w strefę pomiędzy. Czasem trzeba było ubrudzić sobie ręce, żeby ocalić coś cenniejszego. Wybrać mniejsze zło… choć czy rzeczywiście można było tak rozróżniać? Mniejsze czy większe zło, pozostawało nadal złem.
- Jest to jakiś pomysł – przyznała z namysłem w głosie. Odpowiednie przebranie być może mogłoby zasiać wśród popleczników Voldemorta zamęt, przy dobrych wiatrach może i wywołać jakiś rozłam w szeregach, gdy – jeśli – będą się wzajemnie przerzucać oskarżeniami w poszukiwaniu winnych, zdrajców we własnych szeregach. Być może.
- Na dłuższą metę z pewnością nie. Jak nie ci, to przyjdą następni, prędzej czy później – zgodziła się z Patrickiem. Gdyby mogli wyłapać wszystkich, niczym lis kury w kurniku, to sprawy wyglądałyby inaczej. Ale taka opcja nie wchodziła w grę – musieliby znać tożsamość popleczników Voldemorta, a poza tym… jak zabić ideę? Ta mogłaby wciąż trwać, przekazywana z ust do ust, szeregi mogłyby zostać ponownie odbudowane. - A jeśli nie będzie chciała? Bo chyba jej nie zmusimy? – spytała, ściągając brwi. W teorii, w obliczu śmierci, powinna nabrać rozumu. W teorii wtedy ludzie dostrzegali, co jest ważne i że może czasem lepiej nie być tym, kto pozjadał wszystkie rozumy. Ale też czasem niektórzy byli uparci bardziej niż wszystkie osły razem wzięte.
Jaką osobą okaże się Anne Thomas?
Nadzieją, że stare błędy nie zostaną powtórzone, że uda się wszystko naprostować, że fortuna okaże się pomyślna, a dotychczasowe kłody pod nogami zostaną usunięte.
Zmiana wisiała w powietrzu, czuła to. Tylko tym razem nie pachniała nadzieją, wręcz przeciwnie. Pachniała stęchlizną i śmiercią, której spodziewała się coraz więcej i więcej. Odkąd tylko Voldemort ogłosił swój manifest, odkąd zaczęły się ataki, widziała przyszłość w coraz ciemniejszych barwach. Coraz cięższe chmury zbierały się nad głowami wszystkich; gdzieś pod skórą czuła, że w końcu lunie z nich rzęsisty deszcz. A w zasadzie nie tylko lunie – przewidywała burzę stulecia, niszczący żywioł, zmiatający po drodze wszystko, co się tylko dało.
Jednakże jednocześnie nadzieja była tym, co umierało ostatnie; stąd też miały w planach zabawę do samego rana – pozwalającą choćby na chwilę zapomnieć o aktualnej sytuacji - skoro nie przydzielono im żadnej służby. Mavelle próbowała się jej chwytać – tej niewielkiej odrobiny, która pozwalała nie osunąć się w czarną otchłań beznadziei, dawała siły do działania.
Bo jeśli nikt nie podniesie różdżki w obronie, jeśli nikt się nie sprzeciwi, jeśli wszyscy jedynie ugną kark – wtedy dopiero prawdziwie zniknie wszelkie światło. Dlatego też nie mogła, nie chciała, nie potrafiła odmówić wezwaniu.
Światło nadziei musiało przetrwać, choćby miało się jedynie tlić.
Wkroczyła tuż za Brenną; nie tak rozczochrana, biorąc pod uwagę, że czarne włosy poskromiła, splatając je w dość ciężki warkocz, aczkolwiek jeśli spojrzeć na odzienie – cóż, z pewnością nie wygrałaby konkursu na najschludniejszy przyodziewek, o ile taki by w ogóle istniał – najwyraźniej złapała coś, co miała pod ręką i nie kłopotała się rzucaniem zaklęć mających wygładzić wszystkie załamania materiału. Niby kwestia sekund, ale równie dobrze te kilka sekund mogło zaważyć o być albo nie być sukcesie misji, której cel właśnie miały poznać.
- Cześć – rzuciła pośpiesznie, posyłając Patrickowi blady uśmiech. Sama nie usiadła, wsadziła tylko ręce w kieszenie kurtki, obecnie rozpiętej. Rzuciła za to okiem w stronę blatu stołu, a konkretniej rozłożonej na nim… zdaje się, mapki. Zacisnęła lekko wargi, słuchając wyjaśnień. Jeszcze mocniej, gdy padły słowa o neutralizacji.
Swego rodzaju niewinność straciła już dawno temu, wyraźnie przekonując się, iż świat nie był tak czarno-biały, jak wydawało się w niemalże zamierzchłych już czasach. Praca w Brygadzie hartowała, zmieniała spojrzenie na wiele rzeczy; i choć w teorii była wierna ideałom, to osobiście też wkroczyła w strefę pomiędzy. Czasem trzeba było ubrudzić sobie ręce, żeby ocalić coś cenniejszego. Wybrać mniejsze zło… choć czy rzeczywiście można było tak rozróżniać? Mniejsze czy większe zło, pozostawało nadal złem.
- Jest to jakiś pomysł – przyznała z namysłem w głosie. Odpowiednie przebranie być może mogłoby zasiać wśród popleczników Voldemorta zamęt, przy dobrych wiatrach może i wywołać jakiś rozłam w szeregach, gdy – jeśli – będą się wzajemnie przerzucać oskarżeniami w poszukiwaniu winnych, zdrajców we własnych szeregach. Być może.
- Na dłuższą metę z pewnością nie. Jak nie ci, to przyjdą następni, prędzej czy później – zgodziła się z Patrickiem. Gdyby mogli wyłapać wszystkich, niczym lis kury w kurniku, to sprawy wyglądałyby inaczej. Ale taka opcja nie wchodziła w grę – musieliby znać tożsamość popleczników Voldemorta, a poza tym… jak zabić ideę? Ta mogłaby wciąż trwać, przekazywana z ust do ust, szeregi mogłyby zostać ponownie odbudowane. - A jeśli nie będzie chciała? Bo chyba jej nie zmusimy? – spytała, ściągając brwi. W teorii, w obliczu śmierci, powinna nabrać rozumu. W teorii wtedy ludzie dostrzegali, co jest ważne i że może czasem lepiej nie być tym, kto pozjadał wszystkie rozumy. Ale też czasem niektórzy byli uparci bardziej niż wszystkie osły razem wzięte.
Jaką osobą okaże się Anne Thomas?
609