17.05.2023, 00:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.05.2023, 00:32 przez Mellvyn Ollivander.)
Nurzał się w tej woni kwitnących traw, soczystych bylic i późnych kwiatów. Czuł wilgoć minionej rosy na swojej skórze, nasiąkały mu nią ubrania. Oschły głos Jego Pani z trudem przedzierał się przez ckliwe halucynacje, wydawał się być dziwnie dudniący. Jak zza tafli wody, jak zza wodospadu. Spojrzał na kotłującą się pod nim pianę i zadarł głowę - patrzył pod słońce, musiał zmrużyć oczy, żeby prześledzić postrzępioną krawędź ciemnych sylwetek strzegących szczytu kamieni. Woda załamywała się między nimi, później spadała w dół a on spadał razem z nią... aż uderzył z hukiem o dno.
Odruchowo podskoczył. Wzdrygnął się w szoku, wciąż siedząc na krześle, z jedną dłonią zaciśniętą na brzegu blatu. Kurwa, ona i bez tego cyrku wiedziała, że był wyjebany z rzeczywistości. Westchnął ciężko, patrząc na zdrapywaną przez nią etykietę whiksy. Potrzebował chwili, żeby przywołać to, co przed chwilą do niego powiedziała. Z początku zjeżył się oburzony, ale dalej milczał; nie chciał jej dodatkowo podburzać, wolał się zastanowić.
Oburzenie dalej go nie opuszczało, ale teraz bardziej skupił się na tym, że Geraldine hamowała swój gniew. Dlaczego to robiła? Nie rozumiał. Sam by na jej miejscu nie hamował, nic na tym nie zyskiwała ani ona, ani on. Ale może to, co mówiła, wcale nie było sarkastyczne; może naprawdę obawiała się, że mu się jej gniew spodoba. Wypuścił ze świstem nieświadomie wstrzymywany oddech.
- Ale to nie będzie przyjemne, jeśli jesteś na mnie zła. To będzie straszne - wyjaśnił niewyraźnie i nerwowo. - Naprawdę nie staje mi, kiedy ktoś przyjebie mi przed pubem.
W milczeniu namyślił się nad tym, co przed chwilą powiedział. Pokręcił głową sam do siebie - nie, to nie było wszystko. To zdecydowanie nie było wystarczające.
- Ja... - zaczął niepewnie i jakby zgubił trop. - Ja tak naprawdę wiedziałem, że tak to się skończy. Miałem nadzieję, że będzie inaczej, ale wiedziałem. Zawsze tak się to kończy.
Urwał nagle i znowu skupił uwagę na jej oczach. Uśmiechał się, mrużył swoje. Przez chwilę wyglądał, jakby miał się rozpłakać, później - roześmiać. Spoważniał jednak. Żałosne to było, tak samo żałosne, jak wtedy, kiedy na piątym roku ojciec odbierał go z Hogwartu. Przepraszał go wtedy tak rzewnie, oh, jaki on był skruszony. Jaki szczery. Wylewny. Czuł smak tamtych łez. Sól i lęk. Smak ostatnich godzin przed szpitalem.
- Aaa, wiem - szepnął triumfalnie, wyrywając się z miękkich objęć majaków. - Powinienem powiedzieć ci wcześniej. Nie wiem, czemu wydawało mi się, że wiedziałaś o tym.
Odruchowo podskoczył. Wzdrygnął się w szoku, wciąż siedząc na krześle, z jedną dłonią zaciśniętą na brzegu blatu. Kurwa, ona i bez tego cyrku wiedziała, że był wyjebany z rzeczywistości. Westchnął ciężko, patrząc na zdrapywaną przez nią etykietę whiksy. Potrzebował chwili, żeby przywołać to, co przed chwilą do niego powiedziała. Z początku zjeżył się oburzony, ale dalej milczał; nie chciał jej dodatkowo podburzać, wolał się zastanowić.
Oburzenie dalej go nie opuszczało, ale teraz bardziej skupił się na tym, że Geraldine hamowała swój gniew. Dlaczego to robiła? Nie rozumiał. Sam by na jej miejscu nie hamował, nic na tym nie zyskiwała ani ona, ani on. Ale może to, co mówiła, wcale nie było sarkastyczne; może naprawdę obawiała się, że mu się jej gniew spodoba. Wypuścił ze świstem nieświadomie wstrzymywany oddech.
- Ale to nie będzie przyjemne, jeśli jesteś na mnie zła. To będzie straszne - wyjaśnił niewyraźnie i nerwowo. - Naprawdę nie staje mi, kiedy ktoś przyjebie mi przed pubem.
W milczeniu namyślił się nad tym, co przed chwilą powiedział. Pokręcił głową sam do siebie - nie, to nie było wszystko. To zdecydowanie nie było wystarczające.
- Ja... - zaczął niepewnie i jakby zgubił trop. - Ja tak naprawdę wiedziałem, że tak to się skończy. Miałem nadzieję, że będzie inaczej, ale wiedziałem. Zawsze tak się to kończy.
Urwał nagle i znowu skupił uwagę na jej oczach. Uśmiechał się, mrużył swoje. Przez chwilę wyglądał, jakby miał się rozpłakać, później - roześmiać. Spoważniał jednak. Żałosne to było, tak samo żałosne, jak wtedy, kiedy na piątym roku ojciec odbierał go z Hogwartu. Przepraszał go wtedy tak rzewnie, oh, jaki on był skruszony. Jaki szczery. Wylewny. Czuł smak tamtych łez. Sól i lęk. Smak ostatnich godzin przed szpitalem.
- Aaa, wiem - szepnął triumfalnie, wyrywając się z miękkich objęć majaków. - Powinienem powiedzieć ci wcześniej. Nie wiem, czemu wydawało mi się, że wiedziałaś o tym.