17.05.2023, 01:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.05.2023, 01:36 przez Mellvyn Ollivander.)
Westchnął znów i niemrawym machnięciem ręki zbył jej nakaz. Głęboko wątpił, że faktycznie chciała, żeby siedzieli tu w milczeniu. Po prostu była wściekła, wtedy się tak gada, byle tylko komuś utrzeć nosa.
- Nie jesteś. I dlatego bolałoby bardziej. Jeszcze nie czułem takiego bólu nigdy. - Teraz faktycznie się zaśmiał, później raptownie odwrócił głowę za siebie, do okna, i patrzył na świecący zzań księżyc. - A co roku wydaje mi się, że to już wszystko. Że już poczułem wszystko. Że głębiej będzie tylko dno.
Dno, dno rzeki. Piaszczyste, porażająco czyste, jedynie poznaczone ciemnym proszkiem z pancerzyków chruścików. Widział, jak przewracał je nurt. Woda była taka śliczna, przejrzysta jak górski kryształ. Jak kieliszek w dłoni jego mamy.
Siedziała na plecionym z wikliny fotelu z dzieckiem na kolanach, z Dellianem. Ah, to znowu było lato, ale tym razem ranek. Słońce było rześkie, jego promienie - niemal zimne w barwie. Byli w ogrodzie, tylko czyim? Gdy się rozejrzał, zauważył parę dzieciaków ze szkoły. Bawiły się razem, daleko od niego. On siedział z dorosłymi, jednak nie przy stole. Siedział na schodkach, pod ścianą. W cieniu. Sam. Ale już nie płakał. Przecież i tak nie mogło mu to pomóc.
Po jakichś dwóch minutach ciszy zaniósł się szlochem. Pojedynczym. Zdusił go w połowie i odwrócił resztę swojego ciała ku niebu za oknem, wciąż nie ponosząc się z siedzenia. Ta pozycja nie wyglądała na komfortową, ale on nie wygląda na kogoś, kto byłby się teraz w stanie czymś takim przejmować. Położył łokieć na oparciu krzesła i podparł brodę na ręce.
- Ale wcale nie ma żadnego dna, co? Nigdy go nie było. Chciał-... Nie, k-kiedyś chciałem... Dawno - mamrotał mokrym głosem i pociągał nosem, raz po raz urywając. - Po prostu. To wraca przez całe życie. Bo to po prostu prawda. Że ziemia pod naszymi stopami to śmierć. Przetrawione zwłoki miliona stworzeń. Wszystkie cierpiały, jak umierały. A my czerpiemy soki z tej ziemi, z niej żyjemy. Z czyjegoś cierpienia. Żywimy się tym, co wyrosło z cierpienia. Nie mamy w sobie niczego, co nie jest cierpieniem.
Dalej czuł ten ból sprzed lat. Ściskał mu serce i wykręcał flaki tak samo jak ten, który męczył go dzisiaj. Dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj. Jaki właściwie był dziś dzień? Ile czasu Geraldine nie było? Kurwa, jak szybko się złamał? Pewnie za szybko, pewnie bezwstydnie szybko.
- Czas... nie ma za dużego znaczenia, mam wrażenie - wygłosił dziwnie doniośle. - Przegrana to przegrana.
- Nie jesteś. I dlatego bolałoby bardziej. Jeszcze nie czułem takiego bólu nigdy. - Teraz faktycznie się zaśmiał, później raptownie odwrócił głowę za siebie, do okna, i patrzył na świecący zzań księżyc. - A co roku wydaje mi się, że to już wszystko. Że już poczułem wszystko. Że głębiej będzie tylko dno.
Dno, dno rzeki. Piaszczyste, porażająco czyste, jedynie poznaczone ciemnym proszkiem z pancerzyków chruścików. Widział, jak przewracał je nurt. Woda była taka śliczna, przejrzysta jak górski kryształ. Jak kieliszek w dłoni jego mamy.
Siedziała na plecionym z wikliny fotelu z dzieckiem na kolanach, z Dellianem. Ah, to znowu było lato, ale tym razem ranek. Słońce było rześkie, jego promienie - niemal zimne w barwie. Byli w ogrodzie, tylko czyim? Gdy się rozejrzał, zauważył parę dzieciaków ze szkoły. Bawiły się razem, daleko od niego. On siedział z dorosłymi, jednak nie przy stole. Siedział na schodkach, pod ścianą. W cieniu. Sam. Ale już nie płakał. Przecież i tak nie mogło mu to pomóc.
Po jakichś dwóch minutach ciszy zaniósł się szlochem. Pojedynczym. Zdusił go w połowie i odwrócił resztę swojego ciała ku niebu za oknem, wciąż nie ponosząc się z siedzenia. Ta pozycja nie wyglądała na komfortową, ale on nie wygląda na kogoś, kto byłby się teraz w stanie czymś takim przejmować. Położył łokieć na oparciu krzesła i podparł brodę na ręce.
- Ale wcale nie ma żadnego dna, co? Nigdy go nie było. Chciał-... Nie, k-kiedyś chciałem... Dawno - mamrotał mokrym głosem i pociągał nosem, raz po raz urywając. - Po prostu. To wraca przez całe życie. Bo to po prostu prawda. Że ziemia pod naszymi stopami to śmierć. Przetrawione zwłoki miliona stworzeń. Wszystkie cierpiały, jak umierały. A my czerpiemy soki z tej ziemi, z niej żyjemy. Z czyjegoś cierpienia. Żywimy się tym, co wyrosło z cierpienia. Nie mamy w sobie niczego, co nie jest cierpieniem.
Dalej czuł ten ból sprzed lat. Ściskał mu serce i wykręcał flaki tak samo jak ten, który męczył go dzisiaj. Dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj. Jaki właściwie był dziś dzień? Ile czasu Geraldine nie było? Kurwa, jak szybko się złamał? Pewnie za szybko, pewnie bezwstydnie szybko.
- Czas... nie ma za dużego znaczenia, mam wrażenie - wygłosił dziwnie doniośle. - Przegrana to przegrana.