17.05.2023, 02:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.05.2023, 02:38 przez Mellvyn Ollivander.)
W odpowiedzi na komplement parsknął śmiechem. Nie spodziewał się go i w pierwszej chwili w ogóle zapomniał o tym, że składał się głównie z porównywania go do jego brata i kuzyna. Parę sekund przyglądał się jej filigranowym ustom i gdybał: o ile lat mogła być od niego młodsza? I jak bardzo złym pomysłem byłoby to, o czym właśnie myślał? Cóż, złym. Bardzo złym. Byłoby to cholernie złym pomysłem, ale od kiedy takie szczegóły były w stanie go powstrzymać?
Gdy parzył im po niekonwencjonalnej tureckiej kawie, nucił pod nosem jakąś piosenkę Indexi, jedną z nowszych. Kurwa, aż żałował, że nie posiadał nawet jednej kasety, ani niczego, na czym mógłby ją odtworzyć. Brakowało mu czegoś, co mogłoby mu szumieć koło ucha. Nawet nie odprężająco, potrzebował po prostu więcej. Więcej dźwięków, więcej bodźców, więcej wspomnień, więcej myśli, więcej opcji, więcej zasad, więcej przeszkód, więcej wysiłku.
Syknął - wrząca kawa chlapnęła mu na rękę, bo chociaż rozlewał ją magią, to nie mógł powstrzymać się przed manualnym asekurowaniem dymiącego strumienia. Oblizał plamę, posłodził im i zamieszał. On miał dostać wyszczerbiony kubek, ona miała dostać filiżankę, na spodku której elegancko ułożył szluga i paczkę zapałek. Taki deser, normalnie jakby byli w domu. Znaczy - w Serbii.
- Wow, prosektorium - skomentował ze szczerym uznaniem w głosie, jakby wcale nienaumyślnie jej gratulował. - Jak byłem dzieckiem, to zawsze marzyłem, żeby tam pracować. Ale oceny się niestety nie zgadzały.
Nie mógł sobie przypomnieć, co to było prosektorium. Coś mu świtało, chyba, nie miał jednak pewności, więc ton odpowiedzi utrzymywał mglisty. Nie chciał powiedzieć czegoś głupiego, jeszcze za krótko go znała.
Stuknął różdżką o krawędź kociołka; jednym gestem opóźnił go, umył i zgasił pod nim ogień. Później ujął oba przygotowane naczynia w dłonie i ruszył w kierunku kanapy, aby wręczyć Cynthii jej śliczną filiżankę. Później sam usiadł obok niej. Na szczęście kobieta była sporo niższa, niż Geraldine, więc tym razem nawet nie musiał stykać się z gościem kolanami.
- Wiem, wiem. Dellian jest taki. Zawsze był. - Skrobał łyżeczką po dnie swojego kubka. - A przynajmniej tak obstawiam, bo mnie tu nie było przez większość jego życia.
Nareszcie podniósł naczynie do ust i mógł napić się tej kawy. Czekał tylko, aż jego serce wejdzie w nadświetlną, prawie jak na fecie. Prawie jak na pazurze. Niby to był tylko marny substytut, ale mimo to i tak czuł się świetnie.
- Skoro kontakt złapaliście dobry, to myślisz, że jak będzie? - zapytał, sielankowo kładąc plecy na oparciu kanapy. - Wiosna jest, natura budzi się do życia. Razem zamierzacie eksperymentować, poszerzać horyzonty?
Uśmiechał się, patrzył jej prosto w oczy i starał się udawać, że nie drży mu ani jedna noga.
Gdy parzył im po niekonwencjonalnej tureckiej kawie, nucił pod nosem jakąś piosenkę Indexi, jedną z nowszych. Kurwa, aż żałował, że nie posiadał nawet jednej kasety, ani niczego, na czym mógłby ją odtworzyć. Brakowało mu czegoś, co mogłoby mu szumieć koło ucha. Nawet nie odprężająco, potrzebował po prostu więcej. Więcej dźwięków, więcej bodźców, więcej wspomnień, więcej myśli, więcej opcji, więcej zasad, więcej przeszkód, więcej wysiłku.
Syknął - wrząca kawa chlapnęła mu na rękę, bo chociaż rozlewał ją magią, to nie mógł powstrzymać się przed manualnym asekurowaniem dymiącego strumienia. Oblizał plamę, posłodził im i zamieszał. On miał dostać wyszczerbiony kubek, ona miała dostać filiżankę, na spodku której elegancko ułożył szluga i paczkę zapałek. Taki deser, normalnie jakby byli w domu. Znaczy - w Serbii.
- Wow, prosektorium - skomentował ze szczerym uznaniem w głosie, jakby wcale nienaumyślnie jej gratulował. - Jak byłem dzieckiem, to zawsze marzyłem, żeby tam pracować. Ale oceny się niestety nie zgadzały.
Nie mógł sobie przypomnieć, co to było prosektorium. Coś mu świtało, chyba, nie miał jednak pewności, więc ton odpowiedzi utrzymywał mglisty. Nie chciał powiedzieć czegoś głupiego, jeszcze za krótko go znała.
Stuknął różdżką o krawędź kociołka; jednym gestem opóźnił go, umył i zgasił pod nim ogień. Później ujął oba przygotowane naczynia w dłonie i ruszył w kierunku kanapy, aby wręczyć Cynthii jej śliczną filiżankę. Później sam usiadł obok niej. Na szczęście kobieta była sporo niższa, niż Geraldine, więc tym razem nawet nie musiał stykać się z gościem kolanami.
- Wiem, wiem. Dellian jest taki. Zawsze był. - Skrobał łyżeczką po dnie swojego kubka. - A przynajmniej tak obstawiam, bo mnie tu nie było przez większość jego życia.
Nareszcie podniósł naczynie do ust i mógł napić się tej kawy. Czekał tylko, aż jego serce wejdzie w nadświetlną, prawie jak na fecie. Prawie jak na pazurze. Niby to był tylko marny substytut, ale mimo to i tak czuł się świetnie.
- Skoro kontakt złapaliście dobry, to myślisz, że jak będzie? - zapytał, sielankowo kładąc plecy na oparciu kanapy. - Wiosna jest, natura budzi się do życia. Razem zamierzacie eksperymentować, poszerzać horyzonty?
Uśmiechał się, patrzył jej prosto w oczy i starał się udawać, że nie drży mu ani jedna noga.