17.05.2023, 09:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.05.2023, 09:42 przez Mellvyn Ollivander.)
Słuchał jej, wstrzymując płacz razem z oddechem. Wciąż patrzył za okno; pilnie śledził ścieżkę sunącej przez noc chmury. Poruszała się powoli, ale nieubłaganie, cal po calu zbliżała się do księżyca, aby wreszcie go przyćmić. Na jego oczach tracił on swój blask, swój kształt, nocne niebo pochłaniało go mila po mili, aż zlał się z cieniem. Została po nim tylko blada poświata i, kurwa, im dłużej się w nią wpatrywał, tym mniej rozumiał, co ona miała znaczyć, co to wszystko miało oznaczyć. Dlaczego, dlaczego akurat teraz świat mu to pokazywał? Dlaczego akurat chmura i dlaczego akurat księżyc? To mogło być cokolwiek innego.
Zmrużył oczy, wszystko to wybiło go z poprzedniego biegu myśli. Nie mógł się skupić, ale wiedział, że powinien.
- Księżyc... - mruknął, bardziej do siebie, niż do Geraldine.
Próbował się nie zgubić, musiał się nie zgubić. Nie zgubić się we własnych myślach.
Już-li myślał, że odgadnął prawdziwy sens obrazu i jego symboli, ale usłyszał kroki. Stukanie obcasów. Co najgorsze - ono zbliżało się. Ale nie mogło? Przecież siedziała tu z nim, zaraz obok niego. Przestrzeń zakrzywiała się wokół niego, topiła jak rozgrzana cyna.
Dziwnie nagle, lękliwie, poderwał głowę, żeby na nią spojrzeć. Szła przez kuchnię, musiała z niej wcześniej wyjść. Nie pamiętał tego, nie mógł sobie przypomnieć. Przygryzł wargi w wyraźnym niepokoju, ale milczał, sam to wszystko powoli próbował złożyć do kupy. Jej ruchy trochę go rozpraszały, jednak nie odrywał od niej wzroku.
Gdy kucnęła przed nim, nawet nie był zaskoczony. Wyciągnął rękę w jej kierunku, ostrożnie, chwiejnie pogłaskał ją po głowie. Uśmiechał się, wymrugując z oczu łzy, które i tak co chwilę spływały mu po brodzie. Może powinien po prostu przestać się powstrzymywać? Przynajmniej nie będzie wtedy tak smarkał.
- Ale ja już dałem ci wygrać. O co ci w ogóle chodzi? - odparł zaskakująco defensywnie. - Co mogę, to zrobię. Jeśli tylko chcesz. Ale co mogę. Tylko co mogę.
Wpierw wytarł w rękaw całą twarz, później nos. Wyciągnął się nad oparciem, żeby palcami sięgnąć jej policzka. Dotyk jej skóry był zupełnie inny, niż wcześniej, podejrzanie miękki i oleisty, ale starał się nie zwracać na to uwagi. Potrzebował ciągłego kontaktu, żeby po prostu nie zapominać, gdzie jest i że z nią rozmawia. Dalej myślał o tym jebanym księżycu, nie mógł przestać. Przy każdym mrugnięciu widział go pod powiekami.
- I mówiłem coś, i nie powiedziałem. Chodzi o to. Że chciałem. - Zamilknął, zaciął się, zadławił słowem. - Się zabić. I wcale nie dawno. Tylko wczoraj. Chciałem się zabić wczoraj. Chyba to było wczoraj, nie pamiętam.
Zmrużył oczy, wszystko to wybiło go z poprzedniego biegu myśli. Nie mógł się skupić, ale wiedział, że powinien.
- Księżyc... - mruknął, bardziej do siebie, niż do Geraldine.
Próbował się nie zgubić, musiał się nie zgubić. Nie zgubić się we własnych myślach.
Już-li myślał, że odgadnął prawdziwy sens obrazu i jego symboli, ale usłyszał kroki. Stukanie obcasów. Co najgorsze - ono zbliżało się. Ale nie mogło? Przecież siedziała tu z nim, zaraz obok niego. Przestrzeń zakrzywiała się wokół niego, topiła jak rozgrzana cyna.
Dziwnie nagle, lękliwie, poderwał głowę, żeby na nią spojrzeć. Szła przez kuchnię, musiała z niej wcześniej wyjść. Nie pamiętał tego, nie mógł sobie przypomnieć. Przygryzł wargi w wyraźnym niepokoju, ale milczał, sam to wszystko powoli próbował złożyć do kupy. Jej ruchy trochę go rozpraszały, jednak nie odrywał od niej wzroku.
Gdy kucnęła przed nim, nawet nie był zaskoczony. Wyciągnął rękę w jej kierunku, ostrożnie, chwiejnie pogłaskał ją po głowie. Uśmiechał się, wymrugując z oczu łzy, które i tak co chwilę spływały mu po brodzie. Może powinien po prostu przestać się powstrzymywać? Przynajmniej nie będzie wtedy tak smarkał.
- Ale ja już dałem ci wygrać. O co ci w ogóle chodzi? - odparł zaskakująco defensywnie. - Co mogę, to zrobię. Jeśli tylko chcesz. Ale co mogę. Tylko co mogę.
Wpierw wytarł w rękaw całą twarz, później nos. Wyciągnął się nad oparciem, żeby palcami sięgnąć jej policzka. Dotyk jej skóry był zupełnie inny, niż wcześniej, podejrzanie miękki i oleisty, ale starał się nie zwracać na to uwagi. Potrzebował ciągłego kontaktu, żeby po prostu nie zapominać, gdzie jest i że z nią rozmawia. Dalej myślał o tym jebanym księżycu, nie mógł przestać. Przy każdym mrugnięciu widział go pod powiekami.
- I mówiłem coś, i nie powiedziałem. Chodzi o to. Że chciałem. - Zamilknął, zaciął się, zadławił słowem. - Się zabić. I wcale nie dawno. Tylko wczoraj. Chciałem się zabić wczoraj. Chyba to było wczoraj, nie pamiętam.