Ezechiel był na dole i poprzebierał nogami w miejscu bojąc się wejść do salonu. Odgłos wybuchu nie zwiastował niczego dobrego. Nie, żeby spodziewał się po Śmierciożercy salwy Avad. Czym w ogóle było życie Silversteina, że błysk zielonego światła stanowiło jego marzenie.
Niestety jego obecność została zarejestrowana. Ostrożnie wsunął się do salonu. W oczy rzucił mu się jakiś nastolatek z potężną drzazgą wbijającą się do czaszki przez oko. Cudownie. Przepięknie. A mało koszmarów Eza nękało każdą noc. Jak chętnie rzuciłby to wszystko w cholerę i wrócił do domu. Ale szukaliby go. A gdyby znaleźli wśród mugoli, cała jego rodzina skończyłaby z taką drzazgą.
Czarodziej na poważnie wziął zadanie Śmierciożercy, ale nawet nie zdążył się zastanowić, gdy ten ruszył w jego kierunku. Kopnął tylko różdżkę. Na razie.
Odłożył kobietę na ziemię starając się nie robić tego zbyt delikatnie. Nie ruszała się i ogólnie nie dawała oznak życia. Najchętniej oznajmiłby, że ją sprzątnął, ale wiedział, że tylko dostarczał ofiary, nie miał ich likwidować.
Ezechiel zbliżył się do leżącego czarodzieja. Na rozluźnienie najlepszy był sen, ale z pewnością nie tego oczekiwał Vulturis. Czas więc na eliksir znieczulający. Straszne, jak dużą wprawę nabrał w zmuszaniu ludzi do picia z jego malutkich fioleczek. Wstał i schował buteleczkę.
— Za trzy sekundy całe jego ciało będzie sparaliżowane i nie będzie mógł nim ruszać.
Nie wspomniał, że tym samym nie poczuje bólu. Śmierciożerca zapewne tego nie chciał, ale Ez nie miał lepszej alternatywy. Mógł podać mężczyźnie wódkę, ale na to samo by wyszło.