Ostatni raz widzieli się dawno, ale nieprzerwanie utrzymywali kontakt korespondencyjny. Gio informował Kim o wydarzeniach w Wielkiej Brytanii i zalecał unikanie wysp. Szczególnie po Beltane wysłał jej list pełen przestróg i dość obrazowego opisu tragedii, jaka się tam zadziała.
W najśmielszych snach nie spodziewał się, że czarownica wyskoczy z kominka, podczas gdy on raczył się poranną herbatą wraz z ojcem.
— Kim!? — Zadławił się łykiem herbaty.
Przyjaciółka rzuciła się na niego, gdy dopiero wstawał, tak więc kasłał jeszcze chwilę, nim doszedł do siebie. Stojący gdzieś w tle Giorgio Urquart roześmiał się tylko.
— Cóż za niespodzianka, panno Gajda! Jak najbardziej możesz się u nas zatrzymać. Pójdę przygotować dla ciebie pokój.
— Pokój? Co? Ale ojcze...
Starszy pan Urquart już zdążył opuścić salon, zostawiając Gio samego z czarownicą.
— Na Merlina, Kim, co cię skusiło do tej niezapowiedzianej wizyty!? Czy moje opisy sytuacji nie pokazywały fatalnej sytuacji tutaj w jednoznaczny sposób?
Nie był zły, a zmartwiony. Odstawił kubek herbaty i poprawił ubranie, które było tylko grubym szlafrokiem narzuconym na piżamę. Zdecydowanie nie czuł się komfortowo przy niej w takim stroju. Zaczesał włosy za uszy, jak zawsze w chwilach stresu.
— Mogłaś napisać najpierw, coś by się wymyśliło...
Celowo unikał spoglądania Kim w twarz, chociaż to tak niesamowicie kusiło. Nie widział jej tak długo... Złapał znów za kubek herbaty i upił nerwowy łyk.
— Ch-chciałabyś się czegoś napić? Zjeść?