— Najbezpieczniej u mnie... — wymamrotał. — Naprawdę mi pochlebiasz. Gdy wspomniałem o tym, że ostatnio dużo ćwiczę nie miałem na myśli, że nagle stałem się jakiś o wiele bardziej wprawiony w boju. Geraldine wciąż rozkłada mnie w kilka sekund — roześmiał się z lekkim bólem, jaki sprawiał mu wspomniany fakt.
Dotknęła go.
Obudziły się w nim zmysły, o których już dawno zapomniał.
Tylko i aż poprawiła mu włosy w okolicy ucha, tak wrażliwego miejsca. Niemal w ogólnie nie słyszał, co powiedziała, ale dostrzegł, że jej radość nieco uleciała. Gio był niesamowicie zakłopotany.
— Śniadanie, tak, zaraz wszystko to dostaniesz.
Przyzwał skrzata i wydał mu polecenia.
— Wszystko zaraz będzie gotowe, ja tylko szybko... hm... Zerknę jak idzie szykowanie pokoju dla ciebie, zaraz wrócę...
Ewakuował się z salonu z prędkością Markiza. Prosto do swojej sypialni, by ubrać się w pierwszą lepszą koszulę, spodnie i porządnie przeczesać włosy. Jakże mógł tak dać się przyłapać w piżamie!?
Tymczasem Kim mogła podziwiać nowe dzbany i talizmany poustawiane za oszklonymi regałami. Państwo Urquart nie zwalniali tempa podróży mimo wieku i regularnie przywozili nowe zdobycze z różnych stron świata. Na jednej ze ścian salonu widniał duży malunek drzewa genealogicznego najbliższej rodziny. Kim mogła dostrzec tam portret najmłodszego siostrzeńca Gio, którego jeszcze nie widziała, lecz przyjaciel oczywiście wspomniał o tym w liście rok temu.
Gio wrócił po niecałych pięciu minutach. Dopinał jeszcze rękawy swojej zwiewnej, jedwabnej koszuli.
— Śniadanie może być już gotowe, przejdźmy do jadalni, zapraszam.
Było to pomieszczenie tuż obok salonu. Na stole czekało już śniadanie dla Kim — dokładnie to, co zamówiła, ale wokół ustawione były też koszyczki z różnym rodzajem pieczywa, owoce i ciastka. Na Gio czekała kolejna porcja herbaty.
Poczekał, aż przyjaciółka usiądzie pierwsza, po czym również zajął miejsce. Splótł dłonie na blacie. Nie wiedział, co powiedzieć.