W Gio doszło do jakiegoś zwarcia. Chwycił za klamkę od drzwi wejściowych, ale nie otworzył ich. Odbił kierunek swojej trasy do kuchni. Alarmujące słowa Geraldine również nie pomagały. Gdyby tylko wiedziała, jakie tornado przechodzi teraz w głowie Urquarta. Od Voldemorta do potencjalnej sceny łóżkowej. Cóż za chaos.
A "poważna rozmowa" brzmiała groźniej niż to, czym miała być. Zabrał jej butelkę alhoholu i polał również sobie, bardzo hojnie, po czym wypił wszystko naraz. Skrzywił się tragicznie, wydał też jakiś śmieszny dźwięk bólu. Podczas picia chyba nie do końca sobie zdawał z tego, co robi.
Zrobił kolejne kółko po kuchni, dając Ger gestem znak, że potrzebuje chwili dla siebie, bo umiera.
Prawie już usiadł na krześle, ale jednak odbył kolejną rundkę. Dopiero wtedy zajął miejsce, schował twarz w dłoniach i starał się skupić na oddechu.
Ale na to było za późno.
— Co za debil, wypił tyle naraz. Ile to ma procent?
Jonathan chwycił butelkę w poszukiwaniu informacji na etykiecie.
— To o czym chciałaś gadać?
Polał sobie drugą szklankę, ale tym razem popijał w rozsądnym tempie.