Ezechiel nie cierpiał tego wszystkiego. Nie cierpiał jak Vulturis spacerował sobie po salonie pełnym rannych i martwych osób. Jak rozmawiał do tych, którzy nie są w stanie mu odpowiedzieć.
Wychodzą? To koniec?
Tak, Ez też dał się nabrać. Co prawda liczył na to, że Śmierciożerca wysadzi doszczętnie dom albo rozpęta potężny pożar, ale że to będzie koniec. Że będą mogli wrócić do domu. I udawać, że nic się nie stało.
Ale nie. Teatr wciąż trwał. A teraz oprócz potrzeby opróżnienia pęcherza, pojawiła się potrzeba zrobienia tego samego z żołądkiem.
Zasłonił usta i skupił swe siły na powstrzymanie odruchu wymiotnego, gdy głowa kobiety potoczyła się po podłodze. Może powinien poprosić Śmierciożercę o szybką Avadę dla siebie? Naprawdę nie chciał w tym uczestniczyć.
— Ja... Hm... Muszę do łazienki...
Rzucił w końcu. Towarzysz poradzi sobie sam przez chwilę, czyż nie? Ez ewakuował się w głąb korytarza szukając łazienki na parterze. Nie zajęło mu długo znalezienie jej. Przykucnął przy muszli i zwymiotował.
W głowie mu wirowało. Miał też wrażenie, że nie jest sam. Odwrócił się. Drzwi do łazienki były zamknięte. Dziwne.
Oczyścił się i załatwił. Niespiesznie mył dłonie, ale jednocześnie wiedział, że nie może sobie pozwolić na zbyt długą przerwę.
Gdy wracał do salonu, miał wrażenie, że po drodze przeszedł przez jakiś podejrzanie zimny strumień powietrza.