Nie planował niczego.
Zwykle lubił dać się ponieść spontaniczności, tym szalonym ideom, które nachodziły go niemalże regularnie. Przypisywał to głównie swojemu zawodowi, w którym – poza perfekcją i starannością – niejednokrotnie musiał wykazywać się sprytem i kreatywnością. Plany wszelkiej maści, od urlopowych wyjazdów po menu obiadowe na najbliższy tydzień zostawiał w rękach najbardziej zorganizowanej osoby, jaką poznał w życiu.
Szczęśliwie się złożyło, że tą personą była jego własna żona.
Wiedział, że to ten dzień gdy tylko otworzył oczy skoro świt, i nie zastał Deborah śpiącej u jego boku. Praca w Ministerstwie i piastowanie tak wysokiej pozycji miały swoją cenę, chociaż czuł, że nie chodziło tylko o natłok obowiązków. Znał panią Burke równie dobrze, co siebie samego – i wiedział, że nie celebrowała swoich urodzin w specjalny sposób. Wolała, by wszyscy wokół traktowali tą datę jako kolejny punkt do odhaczenia w kalendarzu – ale Elijah nie nazywałby się Burke jeśli faktycznie na tym by poprzestał. Nie pokusił się o to, by wysłać sowę z jakąś niebotycznie wyzłoconą kartką urodzinową i niekoniecznie grzeczną treścią w środku, postanawiając oszczędzić Rhiannon gęstych tłumaczeń; chociaż sama myśl wywołała nazbyt radosny uśmiech na twarzy jej męża. Finalnie, po zjedzeniu śniadania i spędzeniu około godziny z Alexandrem, zostawił syna w bezpiecznych objęciach opiekunki i ruszył do warsztatu.
Pracownia stanowiła swego rodzaju azyl. Rzadko zdarzało się, by Elijah zarywał całe noce bądź dnie w atelier, bo chociaż jubilerstwo wymagało kunsztu i szczegółowości, był przecież sam sobie szefem – a to pozwalało mu na planowanie przebiegu dnia wedle własnego widzimisię. W środku zastał już ojca, którego naburmuszona mina nie była niczym nowym; minęli się bez słowa, każdy zajęty czymś innym. Elijah kończył właśnie kolię dla pewnej starszej damy, która dobiegała szczęśliwej siedemdziesiątki – okrutnie drogi prezent był finansowany przez pięcioro wnucząt owej niewiasty. Przez chwilę rozważał, czy nie rzucić zamówienia w kąt i nie zająć się czymś dla Deborah; szybko jednak uznał, że jeśli wręczy żonie kolejną sztukę biżuterii, to ta wkrótce otworzy mu konkurencję. Na przestrzeni lat nie skąpił jej tego typu podarków – nawet wtedy, gdy tylko ze sobą sypiali, i żadne z nich nie sądziło, że to coś na zawsze.
Niesamowite, że mógł nazywać ją żoną; on, który sądził, że nigdy się nie ożeni.
A już na pewno nie z miłości.
Gdy wrócił do domu zajął się Alexandrem; zjadł z synem kolację, pobawił się z nim i oddał go pod opiekę uszczęśliwionej babci, zakochanej we wnuku bez pamięci. Dzisiejszy wieczór miał należeć do niego i Rhiannon, chociaż wiedział, że kobieta wróci późno. Zdążył przyzwyczaić się do specyfiki jej zawodu – dla Deborah doba mijała zdecydowanie zbyt szybko.
Charakterystyczny trzask dochodzący z kominka, a potem odgłos cichych kroków – była tu. Stał przy kuchennym blacie, układając na srebrnej tacy umyte przed chwilą winogrona, tuż obok przeróżnych serów i innych zakąsek; zerknął na Deborah, gdy wkroczyła do kuchni, lekko unosząc brwi na dźwięk jej słów.
- Spójrz mi w oczy i bądź ze mną szczera, dziwisz się jej? – rzucił swobodnie, doskonale wiedząc, że słowa jedynie podbiją zazdrość; chociaż tym razem utrzymaną w granicach wspólnego żartu. – Nasz syn nie potrzebuje pomocy. Jego potencjał przerasta nasz razem wzięty. Jest idealny. – w głosie mężczyzny brzmiała przede wszystkim duma; był święcie przekonany, że tak właśnie było. Gdy żona znów się odezwała, Elijah wywrócił oczami, opierając dłonie na blacie w wyrazie udawanej dezaprobaty. – Kobieto, czy ty myślisz, że poślubiłaś amatora? Tu jest drink – sięgnął po przygotowaną wcześniej szklaneczkę, wypełnioną ognistą whisky i jedną kostką lodu w środku. – A zasłony zdjąłem dwie godziny temu, więc serio, kup je w końcu i miejmy to z głowy.
Bez ostrzeżenia chwycił Deborah za smukły nadgarstek, przyciągnął ją do siebie i pocałował, krótko i mocno.
- Przygotowałem ci kąpiel. Gorąca woda, mnóstwo piany i te wszystkie pachnidła, których używasz. Alexander jest u rodziców, mamy dużo alkoholu i dobrego jedzenia.
Spojrzał wprost w oczy żony; ten porażający błękit, dla reszty lodowaty. Dla niego; jedyny ogień, w którym był gotów dobrowolnie spłonąć.
- Nie mam tortu, bo nie lubisz. Poza spokojnym wieczorem mam w planach zabrać cię do Egiptu, ale musisz ustalić, kiedy dostaniesz wolne, bo inaczej mnie zamordujesz, pracoholiczko. – ujął jej twarz w dłonie i uśmiechnął się; szczerze, zawadiacko, tak typowo dla siebie. – Wszystkiego najlepszego, kochanie.