— Oh, oczywiście, że jestem! Po prostu bardzo mnie zaskoczyłaś...
Tak, jakby zrobiła to po raz pierwszy. Kim była zawsze mile widziana w domu Urquartów. Nawet gdy Gio tam nie było, jego rodzice lub siostry bardzo chętnie wdawali się z nią w rozmowę wymieniając się wrażeniami z podróży. Czarownica była przyjmowana tu niemal jak członek rodziny, którym tak właściwie była. Bardzo dalekim, ale jednak jej matka nosiła to samo nazwisko, co matka Giovanniego. Shafiqowie w Indiach stanowi jednak zupełnie odrębną gałąź. Więcej ich różniło, niż łączyło.
— Wielka Brytania nie jest teraz najbezpieczniejszym miejscem... — wyznał. — Ale oczywiście możesz tu zostać tak długo, jak tylko chcesz. Tutaj... a może... a może wolałabyś u dziadków w Szkocji? Dolina Godryka to nie Londyn, ale Beltane pokazało, że żadne skupisko czarodziejów nie może czuć się bezpiecznie. A może... Hm...
Zawahał się. Nie sądził, że musiał otoczyć Kim tak specjalną opieką jak zainstalowanie jej w swoim tajnym Pensjonacie. Aczkolwiek najpewniej będzie to rozważał w najbliższych dniach.
— Chciałbym cię tylko prosić, żebyś bardzo uważała i nie brała udziału w żadnych wydarzeniach. Możesz mi to obiecać? — Uśmiechnął się słabo. Najchętniej nie opuściłby jej na krok, ale nie mógł tego zrobić.
Obserwował Kim, gdy jadła. Nie jakoś nachalnie, tylko naturalnie, czasem zerkał, czasem wracał do patrzenia na swoje dłonie, czasem do popijania herbaty. Była najpiękniejszą kobietą, jaką widział, a zwiedził kawałek świata i poznał różne piękności.
— Byłoby o wiele łatwiej, gdybym umiał się deportować... — westchnął do siebie.