23.05.2023, 21:10 ✶
Słysząc pytanie Uli zatrzymuje się gwałtownie, a na jego czoło wstępuje głęboka bruzda świadcząca o zamyśleniu. Wiedział, tylko zapomniał. Kiedy człowiek martwi się o to, czy starczy mu siana dla kóz do wiosny, przestaje zwracać uwagę na takie rzeczy.
— To było w... Hmm... raz, dwa, siedem, osiemnaście, czterdzieści trzy... — liczy na palcach i rusza dalej — To było przed pierwszą wojną. Tysiąc dziewięćset jedenasty, albo dwunasty. Tak, chyba dwunasty, bo piętro miało być skończone jak mój pradziadek... albo nasz pradziadek? — pośpiesznie zerka na dziewczynę — No, jak wróci z Ameryki. Ale nie wrócił, utonął jak ten nieszczęsny statek zderzył się z górą lodową. W każdym razie, piętro jest nowe, zostało wyremontowane jak urodziła się moja mama, czyli jakieś... Pięćdziesiąt lat temu.
Na wspomnienie o mamie przeszywa go ból. Kochana mama! Gdyby nie choroba, miałaby już za sobą pół wieku, tymczasem od blisko ćwierci leży w ziemi. Szybko otrząsa się z przykrych myśli - Ulę niedawno przecież spotkała tragedia, a on obiecał sobie, że będzie dla niej wsparciem. Nie może więc się nad sobą użalać!
Niezaprzeczalnie jednak dom ma w sobie coś; fantastyczną atmosferę czterech pokoleń, które w nim żyły. Widział chwile szczęścia i smutku, wrzeszczące niemowlęta w ramionach akuszerek i trumny wynoszone przez próg, widział surowość zimowych miesięcy i piękno sierpniowych nocy. Przez ostatnie lata nieco podupadł, lecz teraz, kiedy zjawiła się w nim nowa dusza, miał szansę na lepsze dni.
— Naprawdę tak myślisz? — pyta, rozglądając się po kuchni, która ostatni raz remontowana była przed jego narodzinami. Wyjmuje z szafki dwie miseczki i nalewa do nich zupy; większą porcję dla swojej gościni, oczywiście. Nie jest to żadna konkretna potrawa, raczej przypadkowa mieszanka warzyw i chudego mięsa, które Ariel znalazł w domu. Postawił swój twór kulinarny przed dziewczyną i zaraz też na stole znalazł się chleb, świeży i pachnący, choć nie do końca udany, tak starannie pieczony przez niego rankiem.
— Ja... Umm... — zaczyna skrępowany, siadając naprzeciwko niej — Miałem być uzdrowicielem, ale babcia zachorowała i musiałem przerwać kursy. Znam się za to na ziołach i umiem warzyć eliksiry, robię je w starym salonie, dlatego nie mamy salonu... No i ja te eliksiry sprzedaję do apteki, albo komuś z Doliny jak potrzebuje. Czasem też coś namaluję na zlecenie, ale bardzo rzadko, bo ludzie tutaj nie wiedzą, że ja... to znaczy Lysander Lovegood maluję. Używam pseudonimu. A ty? Czym zajmowałaś się w Polsce?
— To było w... Hmm... raz, dwa, siedem, osiemnaście, czterdzieści trzy... — liczy na palcach i rusza dalej — To było przed pierwszą wojną. Tysiąc dziewięćset jedenasty, albo dwunasty. Tak, chyba dwunasty, bo piętro miało być skończone jak mój pradziadek... albo nasz pradziadek? — pośpiesznie zerka na dziewczynę — No, jak wróci z Ameryki. Ale nie wrócił, utonął jak ten nieszczęsny statek zderzył się z górą lodową. W każdym razie, piętro jest nowe, zostało wyremontowane jak urodziła się moja mama, czyli jakieś... Pięćdziesiąt lat temu.
Na wspomnienie o mamie przeszywa go ból. Kochana mama! Gdyby nie choroba, miałaby już za sobą pół wieku, tymczasem od blisko ćwierci leży w ziemi. Szybko otrząsa się z przykrych myśli - Ulę niedawno przecież spotkała tragedia, a on obiecał sobie, że będzie dla niej wsparciem. Nie może więc się nad sobą użalać!
Niezaprzeczalnie jednak dom ma w sobie coś; fantastyczną atmosferę czterech pokoleń, które w nim żyły. Widział chwile szczęścia i smutku, wrzeszczące niemowlęta w ramionach akuszerek i trumny wynoszone przez próg, widział surowość zimowych miesięcy i piękno sierpniowych nocy. Przez ostatnie lata nieco podupadł, lecz teraz, kiedy zjawiła się w nim nowa dusza, miał szansę na lepsze dni.
— Naprawdę tak myślisz? — pyta, rozglądając się po kuchni, która ostatni raz remontowana była przed jego narodzinami. Wyjmuje z szafki dwie miseczki i nalewa do nich zupy; większą porcję dla swojej gościni, oczywiście. Nie jest to żadna konkretna potrawa, raczej przypadkowa mieszanka warzyw i chudego mięsa, które Ariel znalazł w domu. Postawił swój twór kulinarny przed dziewczyną i zaraz też na stole znalazł się chleb, świeży i pachnący, choć nie do końca udany, tak starannie pieczony przez niego rankiem.
— Ja... Umm... — zaczyna skrępowany, siadając naprzeciwko niej — Miałem być uzdrowicielem, ale babcia zachorowała i musiałem przerwać kursy. Znam się za to na ziołach i umiem warzyć eliksiry, robię je w starym salonie, dlatego nie mamy salonu... No i ja te eliksiry sprzedaję do apteki, albo komuś z Doliny jak potrzebuje. Czasem też coś namaluję na zlecenie, ale bardzo rzadko, bo ludzie tutaj nie wiedzą, że ja... to znaczy Lysander Lovegood maluję. Używam pseudonimu. A ty? Czym zajmowałaś się w Polsce?