Ururu obserwował toster przez jakiś czas. W końcu urządzenie podskoczyło informując o tym, że wyimaginowane kromki chleba osiągnęły wystarczający poziom spalenia. Urządzenie wydawało się działać dobrze. Zapewne problemem była zła temperatura. A może zbyt długi czas opiekania. Pomysłów Marquez miał wiele. Odłączył toster i wrzucił do plecaka. A wtedy coś w okolicy się przewróciło.
Rozejrzał się i dostrzegł światło. Zgasił różdżkę i zbliżył się nieco. Dostrzegł człowieka z jakże pomysłową latarką czołówką, ale ten nie wyglądał na pracownika złomowiska, ani tym bardziej policjanta. Bezdomnym raczej też nie był. Czyżby Ururu trafił na podobnego sobie poszukiwacza skarbów?
— Dobry wieczór — przywitał się z uśmiechem. Wcale nie wyglądał podejrzanie, tylko trochę. Trochę bardzo. — Czy nic się panu nie stało?
Ręce trzymał splecione z tyłu, by ukryć różdżkę, co prezentowało się bardzo niewinnie. Zupełnie jakby po prostu sobie spacerował w okolicy. Co w pewnym sensie tym było.
— Mógłby mi pan powiedzieć, co pan tu robi? — Spytał bardzo przyjaźnie. Zabrzmiał z pewnością dziwnie, ale po prostu chciał wiedzieć, jakie są intencje mężczyzny. Od tego zależał każdy kolejny ruch.