W ogóle się jej nie dziwiła. I chociaż hardo spojrzała mężowi w oczy, nie spełniła jego prośby — czy raczej rozkazu? — i nie przyznała tego na głos. Prawdopodobnie nie musiała, bo Elijah mógł to spokojnie wyczytać wprost z jej błyszczących oczu, kiedy gapiła się na niego ponad stołem wypełnionym pysznie wyglądającymi przystawkami, choć w gruncie rzeczy tak mało istotnymi w obliczu przepychanki słownej z mężem.
Oczywiście to, że się jej nie dziwiła nie zmniejszało nawet o cal poczucia zagrożenia, które dziewczyna stanowiła w jej postrzeganiu rzeczywistości. I oczywiście, mogłaby zapanować nad zazdrością, przymknąć oko na trochę zbyt powłóczyste spojrzenia wiodące za jej mężem, ale czy wtedy wciąż mogłaby nazywać się Deborah Burke? Z pewnością patrzenie na siebie w lustrze byłoby trudniejsze.
— Zawsze mógłby być lepszy — odparowała na słowa o potencjale magicznym ich synu zanim zdążyła ugryźć się w język.
Natychmiast bowiem zrozumiała swój oczywisty błąd; nie chciała się dzisiaj kłócić z mężem, a takie uwagi zazwyczaj drażniły Elijaha, który syna darzył miłością bezgraniczną oraz bezwarunkową i robiłby to pewnie nawet wtedy, gdyby dziecko nie było tak bezproblemowe, jakim stało się w rzeczywistości; gdyby Alexander miał trzecie oko, szósty palec albo — bogowie, jeśli jacy istniejecie, strzeżcie — okazał się być charłakiem albo zainteresował się podejrzanymi poglądami dotyczącymi rzekomej równości czystokrwistych i szlam.
Ale ona taka nie była. Nie zamierzała za to ani przepraszać, ani próbować się zmieniać.
Żeby nie doprowadzić do kłótni, uśmiechnęła się uroczo tak, jak tylko ona potrafiła, kiedy chciała coś osiągnąć; lekko marszcząc przy tym nos, z przeszywającym spojrzeniem wciąż wbitym w jego twarz. Wierzyła, że poradzi sobie z każdą furią, w jaką mógł wpaść mężczyzna za którego wyszła — choć ona też nie spodziewała się że małżeństwo kiedykolwiek stanie się jej udziałem — ba, była też święcie przekonana, że przy mniejszym albo większym wysiłku z jej strony mogłaby spowodować, że zapomniałby o całym świecie.
— Przy zatrudnianiu następnej upewnię się, że zapomniała w którym roku przekroczyła sześćdziesiątkę — dodała aż do bólu przesłodzonym głosem, po czym mruknęła przeciągle, przyjmując szklankę i przestając interesować się tematem opiekunki dla Alexa.
Nie mogła nie zauważyć, że lód w szklance jeszcze nie zdążył stopnieć. Elijah musiał wrzucić go do drinka na kilka minut przed jej przybyciem i to wyczucie męża niemal ją rozczuliło. Choć oczywiście o wiele bardziej rozczulał ją, kiedy był tak stanowczy, że prawie brutalny, gdy łapiąc ją za nadgarstek, szarpnął w swoją stronę. Pocałunek wyciśnięty na ustach zmył z niej zupełnie resztki chęci do rozmowy o rzeczach tak przyziemnych, jak jakieś pieprzone kotary czy jakaś równie pieprzona gówniara nie radząca sobie z powierzonymi jej zadaniami.
Rozbudził za to zdecydowanie inne pragnienia, których się po sobie nie spodziewała po tak ciężkim dniu. Ale Elijah już tak miał i to nie zmieniało się pomimo spędzonych razem lat; potrafił jednym władczym gestem rozpalić w niej pożądanie, jakiego nie czuła względem innych mężczyzn. Potrafił spowodować, że dominacja mężczyzny nad sobą jawiła się ekscytująco, a nie poniżająco.
Tylko on tak na nią działał.
— Jebać tort — szepnęła mu prosto w usta, kiedy trzymał ją przy sobie jak zwykle w ten sposób, że nie chciała być nigdy puszczona; ona, która ceniła sobie niezależność bardziej niż cokolwiek na świecie. — Teleportujmy się do Egiptu teraz. Albo gdziekolwiek indziej, byle dalej stąd. Ucieknijmy od obowiązków i schematów… Cholera, brzmię jak marzycielka, co? — prychnęła i przewróciła oczami. Może faktycznie się starzała. — Chociaż te przystawki wyglądają zajebiście. Je możemy wziąć ze sobą. — Uśmiechnęła się złośliwie.
Wulgaryzmy jak zwykle wypowiadała niczym melodię, a nie zwykły rynsztok. Przy nim nie zwykła przebierać w słowach; zrzucała te maski, które kazał narzucić jej świat i ramy, do których dostosowania się ją zmuszał.
She was fragile like a bomb.