24.05.2023, 22:06 ✶
- A istnieje jakiś eliksir dla psów przeciwko robakom? – spytała Brenna trochę sceptycznie. Jej nauka eliksirów zakończyła się na poziomie Hogwartu i posiadała wiedzę akurat przeciętnego absolwenta. W szkole zdecydowanie nie uczono ich żadnych mikstur, które można by podać mugolskim zwierzakom. O ile to faktycznie nie był jakiś magiczny, przeklęty pies.
Ale nie mogli mieć takiego pecha.
Prawda?
– O tak, jesteśmy najbardziej tradycyjną rodziną czystej krwi w Anglii. Wszyscy na pewno stawiają nas za wzór tego, jak powinni zachowywać się czystokrwiści czarodzieje, zawsze w służbie utrzymania tego, co w naszym świecie działało od wieków – powiedziała Brenna, a kąciki ust drgnęły jej od powstrzymywanego śmiechu. Właściwie to nie tak, że Longbottomowie nie mieli żadnych tradycji. Mieli ich mnóstwo, ale były to ich własne tradycje. I Brenna wielokrotnie myślała, że jest szczęściarą – bo chyba każdy inny ród czystej krwi bezlitośnie by ją stłamsił albo, w najlepszym wypadku, doszłoby do wydziedziczenia, ledwo ukończyłaby siedemnaście lat i mogła sama o sobie decydować.
Zbiegła po tych słowach na dół, a kiedy wróciła i Erik zaczął się zastanawiać, czy to instynkt kazał psu skoczyć, rozłożyła tylko bezradnie ręce.
- Nie, zanim umrę śmiercią głodową, też z rozpaczy rzucę się z jakiegoś mostu – odparła bez mrugnięcia okiem, po czym ścisnęła zwierzaka i trzymała go, póki nie minęli mostu. Postawiła go dopiero, kiedy znaleźli się dalej, ale wciąż przez resztę drogi co rusz zerkała na psa podejrzliwie, jakby spodziewała się, że ten zrobi coś dziwnego albo nagle zamieni w człowieka i okaże animagiem. Zachowywał się jednak całkiem normalnie, może co najwyżej odrobinę niepewnie – ale sądząc po tym, jak był zaniedbany, pewna nieśmiałość była chyba naturalna. Łatek też zachowywał się podobnie.
– Jeśli to ktoś stąd i mu nie uciekł tydzień temu, to chyba mu go nie oddam – mruknęła Brenna, znów spoglądając na psa. – On ewidentnie nie dojada, a te kleszcze… – powiedziała z pewnym niesmakiem, wywołanym samą myślą, że ktoś mógłby tak zaniedbać psiaka.
Kiwnęła głową na propozycję Erika, Longbottom jednak nawet nie musiał wchodzić do środka. Nim to zrobił, na progu stanął bowiem jakiś krępy mugol i spojrzał na nich, marszcząc brwi.
– Dzień dobry, panu – przywitała się szybko Brenna. – Szukamy właściciela tego psiaka…
– Ktoś go wyrzucił na parkingu parę dni temu – uciął krótko mężczyzna nim zdążyła wyjaśnić, gdzie go znaleźli. – Pewnie niedługo rzuci się z mostu.
– Co? – zdumiała się Brygadzistka, spoglądając to na niego, to na brata, jakby liczyła, że on nada tej wypowiedzi więcej sensu. Mugol tymczasem wzruszył ramionami.
– Nazywają go mostem psich samobójców. Zwierzaki na nim głupieją. Wchodzicie, czy blokujecie drogę?
Brenna, z nieco ogłupiałą miną, cofnęła się, a potem westchnęła.
– To przesądza sprawę. Nie zostawię psa przy moście psich samobójców. No to… pora do punktu Fiuu – mruknęła, po czym ruszyła dalej ścieżką. Z bratem u boku i z nowym psem rodziny Longbottomów na smyczy.
Ale nie mogli mieć takiego pecha.
Prawda?
– O tak, jesteśmy najbardziej tradycyjną rodziną czystej krwi w Anglii. Wszyscy na pewno stawiają nas za wzór tego, jak powinni zachowywać się czystokrwiści czarodzieje, zawsze w służbie utrzymania tego, co w naszym świecie działało od wieków – powiedziała Brenna, a kąciki ust drgnęły jej od powstrzymywanego śmiechu. Właściwie to nie tak, że Longbottomowie nie mieli żadnych tradycji. Mieli ich mnóstwo, ale były to ich własne tradycje. I Brenna wielokrotnie myślała, że jest szczęściarą – bo chyba każdy inny ród czystej krwi bezlitośnie by ją stłamsił albo, w najlepszym wypadku, doszłoby do wydziedziczenia, ledwo ukończyłaby siedemnaście lat i mogła sama o sobie decydować.
Zbiegła po tych słowach na dół, a kiedy wróciła i Erik zaczął się zastanawiać, czy to instynkt kazał psu skoczyć, rozłożyła tylko bezradnie ręce.
- Nie, zanim umrę śmiercią głodową, też z rozpaczy rzucę się z jakiegoś mostu – odparła bez mrugnięcia okiem, po czym ścisnęła zwierzaka i trzymała go, póki nie minęli mostu. Postawiła go dopiero, kiedy znaleźli się dalej, ale wciąż przez resztę drogi co rusz zerkała na psa podejrzliwie, jakby spodziewała się, że ten zrobi coś dziwnego albo nagle zamieni w człowieka i okaże animagiem. Zachowywał się jednak całkiem normalnie, może co najwyżej odrobinę niepewnie – ale sądząc po tym, jak był zaniedbany, pewna nieśmiałość była chyba naturalna. Łatek też zachowywał się podobnie.
– Jeśli to ktoś stąd i mu nie uciekł tydzień temu, to chyba mu go nie oddam – mruknęła Brenna, znów spoglądając na psa. – On ewidentnie nie dojada, a te kleszcze… – powiedziała z pewnym niesmakiem, wywołanym samą myślą, że ktoś mógłby tak zaniedbać psiaka.
Kiwnęła głową na propozycję Erika, Longbottom jednak nawet nie musiał wchodzić do środka. Nim to zrobił, na progu stanął bowiem jakiś krępy mugol i spojrzał na nich, marszcząc brwi.
– Dzień dobry, panu – przywitała się szybko Brenna. – Szukamy właściciela tego psiaka…
– Ktoś go wyrzucił na parkingu parę dni temu – uciął krótko mężczyzna nim zdążyła wyjaśnić, gdzie go znaleźli. – Pewnie niedługo rzuci się z mostu.
– Co? – zdumiała się Brygadzistka, spoglądając to na niego, to na brata, jakby liczyła, że on nada tej wypowiedzi więcej sensu. Mugol tymczasem wzruszył ramionami.
– Nazywają go mostem psich samobójców. Zwierzaki na nim głupieją. Wchodzicie, czy blokujecie drogę?
Brenna, z nieco ogłupiałą miną, cofnęła się, a potem westchnęła.
– To przesądza sprawę. Nie zostawię psa przy moście psich samobójców. No to… pora do punktu Fiuu – mruknęła, po czym ruszyła dalej ścieżką. Z bratem u boku i z nowym psem rodziny Longbottomów na smyczy.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.