Ezechiel zrelaksował się trochę będąc z dala od Śmierciożercy. Mógł odetchnąć, popatrzeć na coś innego niż miażdżone ludzkie ciała. Wracając do salonu obawiał się niestety kolejnych tragicznych widoków. Ale niestety nic się nie zmieniło.
Śmierciożerca poczekał na niego.
POCZEKAŁ NA NIEGO.
Ez z radością spędzał czas na wymiotowaniu i sikaniu, który w innym przypadku musiał spędzić na oglądanie tortur... i okazało się, że ten czas wcale nie przeminął. Śmierciożerca postanowił być fajnym ziomeczkiem, super współpracownikiem i równym ziomkiem. I poczekał. Silverstein prawie się popłakał, ale zachował kamienną twarz.
Zbladł jednak potężnie, gdy Vulturis wycelował w jego stronę. Jak dobrze, że jednak poszedł do łazienki, bo spodnie miałby mokre. O czym teraz była mowa? O szampanie? Torcie? Czyżby Śmierciożerca chciałby się zabawić w klauna i rzucić Paula ciastem?
— T-tort... z-ze świeczkami...? — wydukał starając się brzmieć spokojnie, co nie do końca wyszło. Ale dokończywszy wypowiedź poczuł lekką pewność, że trafił. Czyli jednak ogień rozpali się w tym domu.
Momentalnie doznał dziwnej wizji. Obrazy z koszmarów w sekundę przewinęły mu się przed oczami. Rozejrzał się. Czuł się obserwowany, co tylko wzmacniało niepokój.