Zazwyczaj nie przychodził bezpośrednio do jego domu — narażało to ich obu ma dodatkowe niebezpieczeństwo, gdyby ktoś ich razem zobaczył i był zdolny powiązać pewne fakty — ale sprawa była o tyle pilna i poufna, że oto właśnie rozsiadał się na eleganckim, szerokim fotelu w skąpanym w półmroku gabinecie rozpraszanym tylko światłem kilku świec stojących na biurku Williama. Gospodarz ponaglił go ruchem dłoni, wciąż jeszcze nie odrywając wzroku od pergaminów, które nerwowo zapisywało jego magiczne, lewitujące pióro. Skrobanie stalówki o papier było więc jedynym dźwiękiem stanowiącym tło ich rozmowy.
— Transport z amuletami utknął w doku. Mam pełne prawo żeby podejrzewać, że ktoś życzliwy doniósł straży granicznej, w którym kontenerze należy szukać — Logan mówił cicho, głosem aż do bólu opanowanym i zimnym.
Chciał dodać, że tylko ich dwójka wiedziała o transporcie, chciał dać mu do zrozumienia, że z nim się nie zadziera, ale nie zdążył. Resztę słów z powrotem do gardła wepchnęło Loganowi ciche pukanie do drzwi. Posłał zleceniodawcy pytające spojrzenie spod uniesionych brwi, ale jedyną odpowiedzią miał pozostać lubieżny uśmiech rozciągający wargi mężczyzny. Borgin poczuł w boku ostre ukłucie irytacji; wszak przyszedł tutaj rozwiązać poważny problem, a nie stać się ofiarą żałosnych popisów starego dziada. Więc tak, gdzieś w głębi Logan dobrze wiedział, co zaraz zobaczy: młodą dziewczynę, którą William posuwa.
I choć wiele racji było w jego śmiałym założeniu — jednocześnie bardziej nie mógł się mylić. Ponieważ nigdy nie przypuszczałby, że za otwartym skrzydłem drzwiowym w blasku świec pojawi się twarz Astorii Trelawney.
Przyglądał się jej długo, bez słowa. Zbyt natarczywie. Mimowolnie dostrzegając różnice pomiędzy obrazem dziewczyny, jaki zapisał się w jego pamięci, a kobiety w ciężkiej sukni i z ciężkim spojrzeniem, która stała przed nim. William wyglądał na cholernie dumnego, ale jedyne nad czym zastanawiał się w tej chwili Logan to jak można być tak naiwnym żeby sądzić, że taką kobietę można po prostu posiadać i chwalić się jak zabawką.
— Mi również — odpowiedział wreszcie, w tej samej sekundzie przestając przyglądać się ich małemu przedstawieniu, choć nawet przez moment nie wyglądał na kogoś nim wielce zainteresowanego. — Choć muszę przyznać, że kojarzę panią jeszcze z czasów nauki w Hogwarcie.
Nie miał pojęcia dlaczego Astoria udawała, że nie nie znają. Był świadom, że musiała mieć w tym jakiś interes, ale ów interes nijak go nie dotyczył. I miał to w dupie. Nie potrafił więc powstrzymać się przed tą jawną wyłącznie dla Astorii prowokacją; zdawał sobie sprawę, że różnica wieku między nimi była na tyle duża, żeby William nie miał szans wiedzieć co naprawdę ich łączyło — i jak wiele ponad kojarzenie się to było — więc Logan czuł nie niemal bezkarny. Niemal. Zdawał sobie z tego sprawę, kiedy jego spojrzenie wciąż tkwiło beznamiętnie, wręcz powierzchownie zawieszone na sylwetce kobiety.
— Nie trzeba. Nie zostanę tak długo — odparł lakonicznie na jej propozycję, sięgając po szklankę z alkoholem leżącą na przyniesionej przez kobietę tacy. Oczywiście nie zniżył się do podziękowania na tak szczodrą ofertę.
Miał nadzieje, że William był chociaż na tyle rozsądny, żeby tak jak on nie chcieć łączyć życia biznesowego z prywatny. Dość już się naraził przychodząc tutaj i nie zamierzał pod ich dachem spędzać ani jednej minuty, która nie była koniecznością. Poza tym jeszcze tego Loganowi było trzeba na liście problemów obok przechwyconego, bardzo cennego transportu, który trzeba będzie wyrwać siłą; pchać się na kolację w ciepłej, rodzinnej atmosferze.
just wanna bury them