— Tak, zastanowimy się nad tym, ja i Gio. Naprawdę, nie musisz się o to martwić.
Jonathan wstał i poklepał przyjaciółkę po głowie.
— Czyli stres... strach... Ale taki inny... No nic. — Wzruszył ramionami. — Co ma być to będzie.
Taki był Jonathan. Przyszłe problemy są problemami Jonathana z przyszłości i to on się będzie martwił. Albo Gio.
— Ta, dotrę. Przekominkuję się od ciebie.
Jonathan poszedł do teleportatora, wszedł do środka i wypowiadając nazwę rodzinnego domu, zniknął z mieszkania Geraldine, uprzednio żegnając się z przyjaciółką i powtarzając, żeby się nie przejmowała.
Po powrocie do domu poszedł przygotować się do spania.
Dopiero w łóżku, Gio powrócił, ale był tak zmęczony, że od razu zasnął.Obudziła go sowa, agresywnie dreptająca po jego twarzy. Nie wiedział, że spał tylko godzinę. Otrzymana wiadomość zerwała go z łóżka. Dumbledore chciał się spotkać. Gio momentalnie przypomniał sobie o tym, co zaszło tego dnia. Doprowadził się do porządku i ze ściśniętym żołądkiem wybrał się do przyjaciela. Nie był sam. Dumbledore zgromadził wiele zacnych, a przede wszystkim godnych zaufania jednostek. Giovanni znał wielu z nich. Jednych lepiej, jednych gorzej. Ale oni znali Urquarta. Już wiele razy publicznie głosił po której stronie konfliktu się postawił, a nikt w to nie wątpił. Darzono go zaufaniem i przydzielono zadania związane z dyplomacją i pozyskiwaniem informacji. Strach obecnej sytuacji ogarniał go wystarczająco. Nie chciał pchać się do bezpośredniej walki. Ale nie oznaczało to, że nie zamierzał trenować, by różdżką zdziałać co najmniej tyle, co słowem.