— Może ciągnie się do światła, właśnie dlatego, że według innych powinnaś znaleźć swoje miejsce w mroku. Może zakosztowałaś go trochę w życiu, co pozwala ci na dostrzeżenie, że nie przynosi on tylu korzyści, jak mogłoby się wydawać. Ciemność ukryje człowieka, ale czasami nawet ktoś, kto ją zna, może się w niej zupełnie zagubić. — Wzruszył ramionami, po czym zmarszczył brwi. — To zabrzmiało podejrzanie głęboko.
Uśmiechnął się pod nosem.
— Lubię traktować te wszystkie rody czystej krwi, które nas odwiedzają podczas bankietów, jako jedną wielką dysfunkcyjną rodzinę, gdzie nam przypadła rola tych, którzy za wszelką cenę chcą mieć wszystkich na świątecznym obiedzie, bez względu na to, kto się z kim pokłócił — rzucił z lekkim rozbawieniem. — W gruncie rzeczy ta „jedna wielka rodzina” nie jest daleka od prawdy. Mogę się założyć, że gdybyśmy zatrudnili historyka, to znalazłby jakieś powiązania między nami z ostatnich... trzech do pięciu pokoleń. Jakiś Longbottom na pewno włączył się do rodu Yaxleyów. Lub na odwrót.
Czasami było to nieco przerażające, zwłaszcza w przypadku rodzin, które były ze sobą blisko i lubiło łączyć w pary przyszłych dziedziców. W niektórych przypadkach pokrewieństwo mogło być szalenie bliskie jak na ogólnie przyjęte przez społeczność standardy. Skinął ledwie zauważalnie głową, chociaż kontrolnie rozejrzał się na boki, czy przypadkiem ich rozmowa nie przyciągnęła uwagi niechcianych oczu. Zagryzł dolną wargę, zanim zdecydował się odezwać, mówiąc tym razem z serca, nie zatajając swoich przekonań.
— Rozumiem cię. Jeszcze niedawno byliśmy tacy... beztroscy, mówię o sobie i Brennie, czy po prostu naszej rodzinie. Mieliśmy zdecydowanie bardziej pozytywne podejście do życia, ale nawet my zaczynamy być podejrzliwi. W mniejszym lub większym stopniu. — Westchnął ciężko, po czym zaśmiał się nieco pusto. — To chyba znaczy, że zostaliśmy sprowadzeni do standardowego poziomu zaufania. Trudno mi sobie wyobrazić, jak to wpłynęło na ludzi, którzy nie przywykli do tego, aby ufać wszystkim wokół. Taka izolacja musi być okropna.
Nie miał pojęcia, jak przetrwałby ten czas, gdyby nie mógł dzielić się swoimi wątpliwościami czy spostrzeżeniami z bliskimi. Czy byłby w stanie zataić uformowanie Zakonu przed własną rodziną, gdyby to jego zrekrutowano na samym początku i zabroniono dzielić się tymi informacjami z kimkolwiek? Jak szybko pojawiłaby się u niego paranoja? Tyle pytań... Na szczęście nie musiał poznawać odpowiedzi na nie. Rzeczywistość była zgoła inna od jego najgorszych wyobrażeń, co w tym przypadku działało na plus.
— Nie mówię, że sytuacja się nie pogorszy — Wolał dla pewności zastrzec, że nie dzieli się z kobietą prawdą objawioną, a jedynie własnymi odczuciami.— Niestety, czasami musi być gorzej, aby potem było lepiej. Nie oznacza to jednak, że jesteśmy kompletnie bezbronni. Kiedy przyjdzie odpowiednia chwila, będziemy gotowi na to, co nadejdzie. Co by to nie było i w jakich liczbach by nie nadeszło.
Erik zapatrzył się w dal. Czy gotowość faktycznie była takim dobrym określeniem? Na to, co mogło nadejść, mogli niekoniecznie być przygotowani. Mogli spodziewać się zagrożenia. Tak, w tym byli całkiem nieźli, zarówno jeśli w grę wchodziła Brygada Uderzeniowa, jak i nieco bardziej tajna grupa gotowa poświęcić własne bezpieczeństwo w imię spokoju innych ludzi. Obyśmy faktycznie byli w takiej dobrej formie, pomyślał przelotnie, odpędzając negatywne myśli na bok. Ponownie wezwał do ich stolika kelnerkę, aby zamówić dla nich jeszcze jedną kolejką. Bądź co bądź, lepiej było zakończyć spotkanie podnoszącym na duchu toastem, niż smętnym gadaniem o tym, że już właściwie mogą wybierać sobie trumny.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞