Czuł na sobie ciężar spojrzenia Astorii. Zrozumiał oczywiście aluzję; inny człowiek może uśmiechnąłby się na jej dźwięk albo zareagował jakimś uprzejmym skinieniem głowy, ale Logan nie zrobił zupełnie nic. Był jak zimna, stateczna bryła lodu, której myśli nie dało się odczytać i która zdawała się nie posiadać emocji. Nie podjął dalszych prób dowiedzenia się czegoś więcej o tej specyficznej sytuacji, w jakiej postawiła go Astoria, wyglądał też jakby zupełnie przeoczył fakt, że kobieta wyrwała się z uścisku swojego dumnego męża oraz moment, w którym cień niezadowolenia przebiegł po twarzy Williama.
Choć w rzeczywistości miał emocje i wcale nie przegapił żadnej z tych drobnych oznak, że coś zgrzyta i trze w mechanizmie, który powinien być przecież naoliwiony.
Nie jego piaskownica, nie jego zabawki. Nie jego interes. Już od wielu lat; i wcale nie myślał o tym z nostalgią ani z żalem, bo od dawna nie odnajdywał w sobie żadnego z tych uczuć. Wszystko co ich łączyło, dawno minęło i nawet jeśli ktoś ponosił za to odpowiedzialność, Logana po prostu już to nie obchodziło na tyle, żeby dociekać. Za to ona wyglądała na poruszoną bardziej niż należało — co mogło dać do myślenia jej mężowi jeśli nie był skończonym idiotą, choć wiele na to przecież wskazywało — i dlatego przeklinał w duchu, że postanowił zjawić się w domu Williama tego wieczora.
Odczekał, aż Astoria wyjdzie, a wtedy znów się odezwał:
— Tylko my wiedzieliśmy o transporcie. Chcesz mi coś powiedzieć?
Wyszedł z kamienicy około dwie godziny później i ruszył przed siebie. Zmienił docelowy kierunek dopiero, kiedy zorientował się że jest śledzony, ale panika o wykryciu szybko minęła; wiedział, że to ona nawet zanim zdążyła się odezwać i tonem głosu upewnić w tym przekonaniu. Znał ten krok, a może po prostu łudził się, że Astoria zrozumie jego uparte milczenie tam, w gabinecie i zgodzi się na przedstawioną niemo propozycję rozmowy w cztery oczy. Jakikolwiek nie był powód, ukłucie uzmysłowiło mu własną satysfakcję.
Zwolnił nieznacznie kroku, aż w końcu zupełnie się zatrzymał. Ale nie odwrócił się w stronę idącej za nim kobiety.
— Doprawdy? — Jeden kącik ust uniósł się w krzywym uśmiechu, ledwie dostrzegalnym nawet w warunkach pełnego oświetlenia, a co dopiero na tonącej w mroku nocy ulicy. Poza tym w tej pozycji Astoria i tak nie mogła zobaczyć wyrazu jego twarzy, choć z pewnością mogła wyczytać go z tembru jego głosu. O ile jeszcze znała go na tyle; o ile oboje nie zmienili się za bardzo. — To bardzo interesująca konkluzja z ust kogoś, kto wyszedł za niego za mąż.
To w żadnym wypadku nie był wyrzut; Logan był na nie zbyt dumny i zbyt mało zainteresowany. Ot, błyskotliwa riposta przyjmująca formę sarkazmu, ponieważ nigdy nie ufał ludziom, którzy ostrzegali go przed osobami, z którymi sami obcowali na co dzień. Oczywiście niezależnie od jakichś sentymentalnych dawnych lat, o których myśl na niego nie wpływała emocjonalnie, Logan nie zamierzał jej ufać — z resztą niewiele osób cieszyło się tym przywilejem — ale zainteresował go sam fakt takiej przestrogi. Rozumując na szybko, widział dwie możliwości: albo była to część jakiejś większej, niezrozumiałej jeszcze dla niego gry… Albo nieszczęśliwe małżeństwo dopadło nawet kogoś takiego jak Astoria Trelawney. Czy raczej Crouch.
— Nie mam w zwyczaju chodzić do domów swoich klientów — odezwał się nagle, a powieka mu nawet nie drgnęła, kiedy nazwał Williama swoim klientem. — Wiesz dlaczego?
Pytanie to zawisło w powietrzu gdzieś przed nim, wraz z parą wydobywającą się z ust mężczyzny przy każdym oddechu. Temperatura spadła przez te kilka godzin, które zmarnował w ich domu i zapewne o tej porze osiągnęła już swój najniższy dobowy poziom. Deszcz moczył wełniany płaszcz Logana, włosy niesfornie opadające na czoło przyklejały się pod jego wpływem do twarzy, a z nich wąskimi stróżkami spływały po policzkach i szczęce, żeby ostatecznie kapać na bruk wraz z nasilającym się opadem. Mógł rzucić zaklęcie albo użyć czegoś tak przyziemnego jak parasol. A mimo to nie zrobił nic, żeby schronić się przed deszczem.
Odwrócił się wolno przez ramię, a następnie na pięcie, ustawiając się dopiero teraz przodem do kobiety. Jemu nie było miło; jemu nie zależało na uprzejmościach.
— Właśnie dlatego — odpowiedział niezależnie od tego czy Astoria w rzeczywistości była jego wyjaśnieniem zainteresowana, jednocześnie nonszalancko machnąwszy ręką w kierunku jej sylwetki. — Bo ich życie prywatne nie powinno mnie widzieć ani proponować kolacji. Bo ich życie prywatne nie powinno mnie obchodzić.
A tutaj, cóż, mieli do czynienia z wyjątkowym konfliktem interesów.
just wanna bury them