Wydawać by się mogło, że dzieliły ich lata świetlne od tamtych chwil w szkole, gdzie w zasadzie chyba w ciągu całego swojego życia była naprawdę szczęśliwa. Teraz jednak minęło całkiem sporo, kilka lat, w zasadzie całe morze czasu, które zalało ją falami, sprawiając, że Zimno, wiatr ani deszcz nie przeszkadzały jej. Słysząc kąśliwą uwagę z jego ust, jedynie się uśmiechnęła. Pogardliwie, nie wiedząc, czy był to odruch dawnych lat, czy może pogarda wylewana na samą siebie.
— To bardzo ciekawe słyszeć taką uwagę od kogoś, kto pracuje dla niego. — odparła.— Los nie zawsze układa się tak, jak my chcemy. Czasem musimy. — Dodała tajemniczo.
Obserwowała jego sylwetkę, próbując powiązać ją z którymś ze wspomnień, ale się w zasadzie nie dało. Zmienił się od czasów szkoły. Rozrosły się ramiona, może i podrósł nieco. Jego głos zmężniał jeszcze bardziej, ale to nie to zmieniło się w nim najbardziej. Mrok. Było go wokół jego osoby jakby więcej, tej słodkiej woni tajemnicy, która rozlewała się na języku, kropla po kropelce jak najmocniejszy alkohol pobudzając swoją goryczą i uzależniając efektem. To coś, co przyciągało ją do niego w szkole, nadal działało, albo właśnie chciała, żeby działało w pustej rutynie codzienności.
Nie speszyła się, gdy odwrócił się w jej stronę, wręcz przeciwnie. Z uniesioną głową, patrząc wprost na jego twarz. Obrysowała wzrokiem szczękę, po której spływały krople deszczu, podkreślając jej ostrość, tak przyjemnie inną w porównaniu z twarzą jej męża, którą nieraz chciała pociąć nie tyle zaklęciem ile własnymi pazurami. Jednak to w jego oczach był największy mrok, największa zagadka. Nie pozwoliła sobie jednak, na długie studiowanie tego, co widziała. Zamiast tego spojrzała na jego stopy i powróciła powoli do twarzy. Wwiercając spojrzenie, w jego oczy. Uśmiechnęła się, ukazując biel zębów.
— Nie podoba ci się to prawda? Bo ich życie nie powinno cię interesować — uśmiechnęła się bezczelnie. — A podejrzewam, że coś cię jednak zaintrygowało. Wszak, gdyby tak nie było, już dawno teleportowałbyś się gdzieś daleko i nie pozwolił mi iść za tobą. — Odbiła piłeczkę, śmiejąc się delikatnie. Nagle jednak przestała.
— Znajdziemy jakieś spokojne miejsce, żeby porozmawiać, czy masz zamiar boczyć się na ulicy jak nastolatek? — zapytała i bezceremonialnie złapała go za łokieć, prowadząc w stronę jakiejś niewielkiej, nie uczęszczanej przez ludzi uliczki. Jedynymi świadkami ich rozmowy mogły być wyłącznie dzikie koty, które kobieta regularnie dokarmiała.
— Idziemy — niemal rozkazała. Jeszcze raz machnęła różdżką, by odegnać od nich deszcz i ciekawskie spojrzenia.
— Przechodząc do rzeczy, radzę wycofać ci się z interesów. Nie jesteś pierwszym, którego zapewne wykończy. Już to planuje. Najpierw pojawiają się problemy z transportami, z dostawami lub inne niewielkie problemy. Później rozrasta się to do rangi problemu. — Zagryzła wargi.
— To jego taktyka. Widzę ją od lat. Wykorzystać i zostawić, gdy się nie opłaca lub znudzi — westchnęła. — Sama jestem jednym z takich jego trofeów. Jedynie ustawionym na dobrym piedestale, niemal nie do stracenia, bo moja pozycja zapewnia mu spokój na salonach — prychnęła.
— Jak jebany ptak w klatce, mam patrzeć na to wszystko z boku i ładnie śpiewać, kiedy trzeba. — wypaliła, spoglądając na w mężczyznę. Owszem miała cel w tej rozmowie, ale może zwyczajnie potrzebowała wylać jad, który zbierał się w niej od tylu lat i nie mogła tego powiedzieć zbyt wielu osobom, by ich nie narazić. Logan jednak nie był narażony, właściwie to on w tym zestawieniu był wężem, który mógł pokąsać jej męża. Wszyscy wiedzieli, czym zajmują się Borginowie.