Była różnica: on jej nie ostrzegał przed kontaktami z Williamem. Ale Logan darował sobie tą uwagę, nie lubił marnować śliny, a nie widział sensu w ciągnięciu tych słownych utarczek, które nagle wydały się dziecinne, jakby wyrwane z czasów, od których dawno nie należeli. Zamiast zirytować, uwaga raczej go rozbawiła, ale odpuścił kontynuowanie tematu, bo na to również był zbyt mało zainteresowany.
Jej śmiech i nagła, kontrastująca z nim mocno powaga były wreszcie zarysem czegoś, co znał — kształtem dawnej Astorii, z którą zadawał się w Hogwarcie. To lodowaty chłód oraz rozpalone szaleństwo splatające się w jedno w jej osobie były tym, co najbardziej go w niej interesowało; nienaturalnie przerysowane u innych, dla niej wydawały się być czymś zupełnie naturalnym. Czymś, czemu Logan uwielbiał się przyglądać dawno temu. I czymś, w czym ku swojemu całkowitemu zaskoczeniu odnalazł nikłą przyjemność również teraz.
— Faktycznie, to jeden z tych przypadków, w których pojawiło się zainteresowanie — odparł cicho, a jego oczy zdawały się błyszczeć przez ułamek sekundy.
Jej nagła bliskość i bezceremonialne rozkazy go zaskoczyły, ale jeszcze większą konsternację wprawił go wartki potok słów, który wylał się całym strumieniem wprost na niego. Nie rozumiał po co kobieta mówiła mu to wszystko, tak chaotycznie i pozornie bezcelowo — w końcu byli dla siebie obcy. Mimo wszystko. Choć przynajmniej dzięki temu mógł podejrzewać, że padło na nieszczęśliwe małżeństwo. Prawdopodobnie każdy przeciętny człowiek posiadający chociaż odrobinę empatii poczułby przykrość na myśl o jej podłym losie, kiedy tak go przedstawiała.
Ale on dawno już nie odczuwał litości, dla nikogo.
— Daruj sobie. Bardziej ci do twarzy z tym bezczelnym uśmiechem i hardo zadartym podbródkiem niż z wypłakiwaniem się w moje ramię — syknął jadowicie, po czym krótkim szarpnięciem wyrwał rękę z uścisku Astorii. Nie lubił, kiedy ktoś nachalnie zakłócał jego nietykalność cielesną w ten sposób… Nie, Logan tego nienawidził. I nie miało najmniejszego znaczenia kto był jego źródłem, bo on nie zamierzał nikomu dać sobą pomiatać. Astoria powinna była o tym wiedzieć; a może celowo ten fakt zignorowała. Choć dłużej go nie trzymała, Logan nie zrobił ani kroku w tył. Wręcz przeciwnie, bardzo mu ta bliskość pasowała, bo mógł mówić cicho, a przede wszystkim widzieć każdy cień przepływający przez twarz kobiety stojącej naprzeciwko. — Uważasz, że nie poradzę sobie z kimś takim jak twój szanowny mąż? — prychnął lekceważąco i w tym krótkim dźwięku oraz w brzydkim grymasie wyginającym wargi zawarła się cała jego pogarda. — W takim razie patrzysz, ale w ogóle nie dostrzegasz. Jestem już duży, dzięki za troskę, ale dam sobie z nim radę.
Urwał, zawiesił głos i wbił spojrzenie wprost w jej oczy. Przenikliwe, jakby chciał siłą wedrzeć się do jej umysłu i wyżłobić jego najgłębsze zakamarki. Aż wreszcie jego wargi rozciągnął złowieszczy uśmiech.
— Czy może to jedynie ten śpiew, który wydobywa się z twojego gardła na j e g o specjalne życzenie? — Mówił to wolno, kładąc szczególny nacisk na to jedno słowo, w którym brzmiała największa odraza.
W jego zawodzie paranoja była wszyta pod skórę i wręcz niemożliwa do wyzbycia się, a brak zaufania do kogokolwiek był jedyną szansą nie tyle na przetrwanie, co rozwój i ewoluowanie. Dla niego był czymś naturalnym; a dla niej? Żyła pod jednym dachem z człowiekiem takim, jak Logan — a przynajmniej bardzo podobnym — więc musiał założyć, że nie zostało w niej wiele zaufania do ludzi. Nawet w szkole nie miała jego nadmiaru i nigdy nie robiła rzeczy tylko po to, żeby zyskać czyjąś uwagę. Zawsze na uboczu, zawsze zimna, jak na prawdziwą Królową Śniegu przystało.
— A ranga problemu? Problemu zawsze można się pozbyć, Trelawney.
just wanna bury them