Oczywiście. Oczywiście! A cóż by innego! Wynikało z tego jednak coś dobrego — Śmierciożerca kończył przyjęcie. Niedługo będą mogli wracać do domu.
Gdy Vulturis rzucał wiązankami na "mugolackie ścierwa", Ez zastanowił się, co by było, gdyby ten dowiedział się, że do jego towarzysza również pasuje to określenie. Zlikwidowałby go na miejscu? Poddał torturom? Udał, że nie słyszy? To właściwie nie było aż tak interesujące jak myśl o tym, jak by się poczuł i co pomyślał. Zdradzony? Oszukany? Wściekły na pannę Rookwood za sprowadzenie do ich grona kogoś takiego? Oczywiście Austriak nie był na tyle ciekawy, by sprawdzić, co by się stało.
Ezechiel wyrwał się z zamyślenia, gdy go przywołano. Do czego jeszcze go tu chciał? Miał zaśpiewać "Sto lat" albo bić brawo? Nawet nie podejrzewał, że przypadnie mu zaszczyt podpalenia "tortu".
Spojrzał Śmierciożercy prosto w maskę z niedowierzaniem na twarzy. Następnie wrócił spojrzeniem na stos. I co on miał teraz zrobić? Rzucić Incendio? Przecież to się nie zajmie. Ez zdał sobie sprawę, że nie zna żadnego innego zaklęcia z ogniem, poza tym najprostszym do podpalania kociołków. Powinien chyba rzucić je na siebie i posłużyć jako rozpałka. Nie mógł powiedzieć Vulturisowi, że nie umie spełnić jego życzenia. Że uczył się magii krócej niż czas trwania nauki w Hogwarcie. A w ciągu tych sześciu lat nie odczuwał potrzeby posługiwania się więcej niż jednym ogniowym zaklęciem. Wiedział o Szatańskiej Pożodze, ale to byłby już zupełny nadmiar wrażeń, pomijając fakt, że Ezowi nie udałoby się jej wyczarować.
Może mógł poprosić Śmierciożercę o "przypomnienie" inkantacji? A wtedy wpadł na cudowny pomysł. Zrobi to, co wychodziło mu najlepiej — bycie człowiekiem beta, który nie potrafi przejąć inicjatywy nawet do tego zmuszonym.
— Zastanawiam się, którym zaklęciem stworzyłbym najoptymalniejszy dla pańskich oczekiwań płomień.
To było to! Wypowiedział to bez zająknięcia, jakby faktycznie rozważał problem dokładnie w takim kontekście.