Korzystając z bliskości, przyglądał się twarzy Astorii z wyjątkowym skupieniem, dlatego z łatwością dostrzegł w niej coś dziwnego; coś, co było w niej już wtedy, w szkole. Jej słowa też brzmiały wyjątkowo m i s t y c z n i e choć sam Logan nigdy nie wierzył w przepowiednie ani w trzecie oko. Ufał tylko faktom, a przeczucia i przypuszczenie pozostawiał ludziom ułomnym.
Ale chwilę później jej spojrzenie znów się wyostrzyło.
Tak, z pewnością William miał układy z aurorami, pracownikami Ministerstwa i politykami; miał plecy, które kryły go w sytuacjach tak niezręcznych jak przyłapanie na gorącym uczynku z łapą na kradzionych albo nielegalnie importowanych amuletach pochodzących z Czarnego Kontynentu. Miał zaplecze w postaci małego majątku i znanego nazwiska, a do tego posiadał dwie cechy, które zestawione, tworzyły bardzo niebezpieczną kombinację: słaby kręgosłup moralny i oślizgły intelekt. Ale, choć może na pierwszy rzut oka na to nie wyglądał, Logan też to wszystko posiadał. Dlatego gra między nimi toczyła się na równych zasadach, startowali z tej samej pozycji, choć w gruncie rzeczy William był jego zleceniodawcą.
Aczkolwiek nie mógłby nie przyznać, że zmartwiły go dodatkowe kontrole i towar zatrzymany przez celników w Londyńskim porcie nad Tamizą. Jeśli w tym co mówiła Astoria było choć ziarno prawdy, Logan w gruncie rzeczy mógł okazać się wcale nie taki sprytny, za jakiego się uważał. Mimo wszystko pozostawało dotychczas wciąż niewypowiedziane na głos pytanie i jednocześnie bardzo istotna kwestia: Dlaczego Astoria mu to wszystko mówiła? Nie potrafił z siebie wykrzesać nawet iskry zaufania aż do momentu, w którym kobieta znów się odezwała, bez słów podając mu odpowiedź na tak zadane pytanie, zupełnie jakby potrafiła mu czytać w myślach. Nie wtrącając się jej w słowo, wysłuchał uważnie wszystkiego. Zrozumiał.
Wtedy też ubogą dotychczas mimikę Logana urozmaicił bardzo, bardzo brzydki uśmiech, który nie mógł sugerować niczego dobrego.
— Czy to już ten moment, w którym wspominam, że ty nadal jesteś tak samo piękna? — zapytał ironicznie, również otwarcie patrząc wprost na nią.
Grzeczności nie były jego mocną stroną, zapewne dlatego, że nigdy na nie nie zważał i nie przykładał się do nauki towarzyskich formułek używanych na salonach. Co innego jeśli chodziło o flirt; a rozmawianie z Astorią w bocznej, tonącej w mroku nocy uliczce o śmierci jej męża dla Logana nieodzownie wiązało się z flirtem.
— Mamy wspólny cel… — powtórzył po niej, wolno cedząc słowa i opanowując grymas wykrzywiający wargi. Obracał zaoferowanego przez kobietę papierosa wciąż między palcami, jeszcze nie biorąc go do ust, choć głód nałogu odezwał się w nim mentalnym ssaniem wręcz błagającym o zaciągnięcie się dymem tytoniowym. Przypomniał mu, że nie zapalił od momentu przekroczenia progu kamienicy Crouchów, co było okresem zdecydowanie zbyt długim jak dla Borgina. — Kiedy tak przedstawiasz sprawę, nie sposób się z tobą nie zgodzić. A więc szczęśliwie się złożyło, że znalazłem się u was w domu akurat tej nocy.
Zamilkł na moment, ważąc na języku ciężar słów, które zamierzał wypowiedzieć. Wziął papierosa między wargi i podpalił go, a dym wypełniający płuca był wręcz kojący. Powoli wypuścił go z płuc, pozwalając zmieszać się z nieustępliwie siąpiącym deszczem.
— Cena za taką prośbę będzie wysoka. Jesteś tego świadoma?
just wanna bury them