— Dokładnie! — odpowiedziałam z entuzjazmem i dopiero po chwili boleśnie uderzyły mnie jego słowa. Sama utraciłam wszystkie dobra materialne. Te, do których byłam rzeczywiście przywiązana, jak i te nieistotne. Może mniej bólu odczułabym, gdybym faktycznie nie przywiązywała się do obiektów. Może ludzie prowadzący koczowniczy tryb życia byli bardziej szczęśliwi od osadników? Chętnie spróbowałabym. Kiedyś.
— Portrety na zamówienia... Jak cudownie...
Rozmarzyłam się. Sprzedawanie pejzaży na straganie to jedno, ale zostanie wybranym do sportretowania jakiejś osobistości to chyba szczyt marzeń każdego malarza. Chociaż nie. Malowanie we wnętrzu katedry bije to na głowę. No, ale to nie konkurs, a sukces Lysandra i tak był niesamowity. Zdecydowanie poproszę go o kilka lekcji.
Ariel. Jak przepięknie! Jak romantycznie! Idealny pseudonim i zdawał się do niego totalnie pasować. Ale nie skomentowałam tego na głos. Wiem, że czasem nawet miłe komentarze dotyczące nazw własnych mogą dotknąć właściciela.
Jestem zachwycona zainteresowaniem Lysandra. Jednak artysta zrozumie drugiego artystę! Jak cudownie, że babcia znalazła mi takie miejsce do mieszkania! Jak cudownie, że Lysander był członkiem mojej rodziny!
— Tak, dokładnie tak! U mnie to są głównie historie o superbohaterach... ludziach, którzy mają nadnaturalne moce. Na przykład są bardzo silni i mogą podnieść samochód albo... krowę jedną ręką. Bez użycia magii, oczywiście. Albo potrafią latać bez miotły, czy skrzydeł. Albo czytają w myślach... ale no, takie zdolności w tego typu historiach nie są klasyfikowane przez mugoli jako "magia", tylko "supermoce". Oczywiście w historiach mugoli też się pojawiają czarodzieje z różdżkami, ale to jest zazwyczaj inny gatunek opowieści, z jakiegoś powodu osadzany w klimatach średniowiecza zmieszanego z renesansem. I... hm... tak, pokażę ci... jak je narysuję na nowo... bo wiesz... wszystko straciłam... — Zaśmiałam się niezręcznie i starałam się nie rozpłakać myśląc o stosach kartek ze scenariuszami, szkicami postaci i dokończonymi stronami komiksów. Dobrze, że wszystko wciąż było w mojej głowie. — Gdyby tylko istniała jakaś maszyna do przelania tego na papier, byłabym zachwycona... A może... Może są jakieś takie magiczne urządzenia? Albo zaklęcia? Słyszałeś może o czymś takim?
Między słowami wciskałam w siebie kolejne łyżki zupy. Ale jak to bywa przy pasjonującej rozmowie — szło mi to wolno.