28.05.2023, 01:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.05.2023, 01:04 przez Eden Lestrange.)
Eden targały nerwy; scenariusz, w którym ojcu odjeżdża peron z takim świstem, że trzeba zatykać uszy, co by nie zwariować, nie został przez nią przerobiony. Spodziewała się, że jego poglądy polityczne mogły się nieco zradykalizować na starość, ale przez myśl jej nie przeszło, że będzie dla nich ryzykował dobrą twarz rodziny.
Niewiele było w jej życiu sytuacji, których nie miała pod kontrolą. Nie zawsze pod pełną, ale pod jakąś. Tym razem mogła dosłownie poczuć, jak rzeczywistość ucieka jej przez palce. Nie mieli żadnego planu awaryjnego, nawet namiastki. Mogli po prostu stać tutaj w holu i czekać na to, co przyniesie los. Ta bezradność doprowadzała ją do szału.
Była dosłownie na skraju spuszczenia ze smyczy demona, który dotychczas grzecznie drzemał w jej wnętrzu. Obecność i słowa matki dosłownie podjudzały go do wyjścia na powierzchnię. Apodyktyczne podejście niepodszyte żadnym autorytetem działało na niego jak płachta na byka - Eden mogła przysiąc, że w tym momencie również widziała czerwień. Wciągnęła nosem powietrze, metodycznie, lecz głośno, ewidentnie próbując podjąć ostatnie próby utrzymania pierwotnych odruchów w ryzach.
- A ja oczekuję, że na moment zdejmiesz koronę z głowy, bo ci się ewidentnie zsunęła na oczy i przysłoniła świat - wysyczała, idąc w kierunku schodów z wolna, jakby miała zaraz się po nich wspiąć i zrzucić z nich Eleonorę. - Ojciec w tym momencie bierze współudział w zamachu czarnomagicznym, a ty skupiasz się na gnojeniu Elliotta, jakby to był zwykły wtorek? - Wyrzuciła ramiona w powietrze, jakby straciła na moment rezon i musiała dać upust frustracji, a jednocześnie zaprezentować kaliber absurdu, który właśnie zapanował w tym domu. Po chwili dotarło do niej, że nie zachowuje się normalnie, że puszczają jej nerwy i opuszcza ją zdrowy rozsądek - w końcu stanęła w obronie brata mimowolnie, co na co dzień prawdopodobnie nawet nie przeszłoby jej przez myśl.
Może w tym był cały sęk - nie była w tym momencie w stanie trzeźwo myśleć i odzywały się resztki jakiejś dziwnej empatii.
- Jak to ma tak dalej wyglądać, to ja wracam do siebie, a wy sobie oczy powybijajcie. Potem wyślijcie mi sowę, żeby sprawdzić, czy zaczęło mnie to obchodzić - oświadczyła, po czym zaczęła iść w kierunku wyjścia. W pewnym momencie jednak się zatrzymała i odwróciła do rodziny. - Chyba że jednak skupimy się teraz na moment i zastanowimy się, co zrobić z fantem, że głowa tej rodziny hasa po polanie w towarzystwie popleczników Voldemorta? - zapytała, zerkając raz na matkę, raz na Elliotta. Skończyła jej się cierpliwość.
Niewiele było w jej życiu sytuacji, których nie miała pod kontrolą. Nie zawsze pod pełną, ale pod jakąś. Tym razem mogła dosłownie poczuć, jak rzeczywistość ucieka jej przez palce. Nie mieli żadnego planu awaryjnego, nawet namiastki. Mogli po prostu stać tutaj w holu i czekać na to, co przyniesie los. Ta bezradność doprowadzała ją do szału.
Była dosłownie na skraju spuszczenia ze smyczy demona, który dotychczas grzecznie drzemał w jej wnętrzu. Obecność i słowa matki dosłownie podjudzały go do wyjścia na powierzchnię. Apodyktyczne podejście niepodszyte żadnym autorytetem działało na niego jak płachta na byka - Eden mogła przysiąc, że w tym momencie również widziała czerwień. Wciągnęła nosem powietrze, metodycznie, lecz głośno, ewidentnie próbując podjąć ostatnie próby utrzymania pierwotnych odruchów w ryzach.
- A ja oczekuję, że na moment zdejmiesz koronę z głowy, bo ci się ewidentnie zsunęła na oczy i przysłoniła świat - wysyczała, idąc w kierunku schodów z wolna, jakby miała zaraz się po nich wspiąć i zrzucić z nich Eleonorę. - Ojciec w tym momencie bierze współudział w zamachu czarnomagicznym, a ty skupiasz się na gnojeniu Elliotta, jakby to był zwykły wtorek? - Wyrzuciła ramiona w powietrze, jakby straciła na moment rezon i musiała dać upust frustracji, a jednocześnie zaprezentować kaliber absurdu, który właśnie zapanował w tym domu. Po chwili dotarło do niej, że nie zachowuje się normalnie, że puszczają jej nerwy i opuszcza ją zdrowy rozsądek - w końcu stanęła w obronie brata mimowolnie, co na co dzień prawdopodobnie nawet nie przeszłoby jej przez myśl.
Może w tym był cały sęk - nie była w tym momencie w stanie trzeźwo myśleć i odzywały się resztki jakiejś dziwnej empatii.
- Jak to ma tak dalej wyglądać, to ja wracam do siebie, a wy sobie oczy powybijajcie. Potem wyślijcie mi sowę, żeby sprawdzić, czy zaczęło mnie to obchodzić - oświadczyła, po czym zaczęła iść w kierunku wyjścia. W pewnym momencie jednak się zatrzymała i odwróciła do rodziny. - Chyba że jednak skupimy się teraz na moment i zastanowimy się, co zrobić z fantem, że głowa tej rodziny hasa po polanie w towarzystwie popleczników Voldemorta? - zapytała, zerkając raz na matkę, raz na Elliotta. Skończyła jej się cierpliwość.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~