Zgoda.
Tyle mu wystarczyło — póki co. Oczywiście będą musieli przypieczętować wszystko wieczystą przysięgą, bo na co dzień Logan ledwie ufał swojej lewej ręce a co dopiero innym ludziom, ale teraz nie zamierzał się spieszyć. Chciał to zrobić powoli. Dokładnie. Sam nie wiedział czemu tak zaczęło mu na tym zależeć, ale z pewnością miało to coś wspólnego z jej bezczelnym uśmiechem i złością, która płonęła na dnie jej źrenic.
Astoria ponownie złapała go w sposób, który go drażnił, ale tym razem nie dał tego po sobie poznać. Weszli zupełnym przypadkiem — zapewne zbyt pochopnie — na nowy, inny grunt. Logan zamierzał się kontrolować. Mniej więcej.
— Pójdziemy pieszo. To w niemagicznym Londynie — oznajmił, zwalczając ochotę podniesienia dłoni i dotknięcia jej twarzy; sprawdzenia, czy skóra jest chłodna pod naporem zimnego, nocnego powietrza.
Nie cierpiał tego drugiego świata i wszystkiego, co ze sobą niósł; ich hałaśliwych urządzeń i kompletnego braku czegoś tak pięknego i naturalnego dla Logana jak magia. A także wszystkich konsekwencji tego dojmującego braku, ewidentnego wybrakowania mugoli.
[a]Martwych przedmiotów. Głuchych dźwięków. P u s t y c h ludzi.
Ale tam właśnie zmierzali, ponieważ w tamtej części Londynu łatwiej było się zgubić, wmieszać w tłum obcych ludzi, nieświadomych rzeczy tak oczywistych jak magia — a więc również tak subtelnych jak dziwne napięcie, które między nimi wisiało. Tam nikt nie mógł powiązać żadnego z nich z nazwiskiem, ich twarze miały być tylko ułamkiem rzeczywistości łatwym do przeoczenia, zwłaszcza jeśli użyją prostych zaklęć maskujących, które zmieniały odrobinę rysy twarzy w odczuciu ludzi, których spojrzenie miałoby na nich paść.
Nie mieli wspólnych tematów z tych oczywistych względów, że aż do dzisiejszego wieczora oboje nie pamiętali o istnieniu tego drugiego. Loganowi nie przeszkadzała cisza, która panowała między nimi podczas krótkiego spaceru wzdłuż nie pustoszejącej nawet o drugiej w nocy mugolskiej ulicy; wolał ją niż sztuczne próby jej zapełnienia. W końcu krótkim skinieniem wskazał na wiszący nad chodnikiem, brudny szyld baru i wszedł jako pierwszy po schodkach w dół, wprost do piwnicy i niewielkiego pomieszczenia tonącego w półcieniach, a także w zapachu piwa, starego oleju i czegoś jeszcze — czegoś nieszczególnie przyjemnego — a następnie gąszczem jeszcze mniejszych korytarzy aż do większej sali.
— Zajmij tamten — mruknął, krótkim skinieniem wskazując na odległy stolik.
Przy barze kupił całą butelkę whisky, zapłacił za nią z góry i odszedł w bardziej zaciszny kąt, który wybrali jako swój stolik. Był niewielki, okrągły, ledwie nadawał się dla dwóch osób. Przed spojrzeniami był osłoniony zakurzonym i wyglądającym na zwiędniętego sztucznym kwiatkiem doniczkowym, który pamiętał lepsze czasy.
Postawił szklanki bezceremonialnie z głuchym stuknięciem na blacie, nawet kątem oka nie spojrzawszy na Astorię, po czym wypełnił je do połowy; nie lubił nalewać wiele razy, a zasady savoir-vivre’u nigdy go za bardzo nie obchodziły. Wszystko to wykonał mechanicznie, jakby siedział tu sam i tylko na końcu przesunął jedną ze szklanek po stole w kierunku Astorii.
— Dlaczego za niego wyszłaś? — zapytał wreszcie, dopiero teraz posyłając jej krótkie, obojętne spojrzenie. Zrobił to, raczej z ciekawości niż potrzeby wypełnienia tej milczącej pustki, po czym uśmiechnął się paskudnie. — Liczyłaś, że go zmienisz? Że po ślubie stanie się przykładnym obywatelem?
Przypuszczał, że takie założenia o prawdziwej miłości nie pasowały do kogoś tak pragmatycznego jak ona, ale przyjemność sprawiało mu podpuszczanie kobiety. Chciał, żeby wiedziała, że z jego strony nie otrzyma ani grama współczucia; żeby przypadkiem nie zaczęła na to właśnie liczyć.
just wanna bury them