Przyjemny dreszcz spłynął mu wzdłuż kręgosłupa, kiedy obojętność na twarzy Astorii znów rozproszyła się pod naporem emocji. Ten uśmiech sprawił, że Logan nie potrafił oderwać od niej wzroku; przyglądał się jej wciąż, spijając każdy grymas i długo jeszcze patrząc w kącik ust, który oblizała językiem.
Na to czekał.
Chociaż wcześniej nie zdawał sobie z tego do końca sprawy, jej reakcja i odpowiedź płynąca z ust była spełnieniem wszystkich jego oczekiwań. Widział już desperację i bezsilność — a teraz pokazała mu wreszcie coś, co wyróżniało ją na tle innych kobiet, do bólu ułożonych i podporządkowanych. Rozumiał, że Astoria nie mówi tego mimochodem ani w chwilowym szale, bo na dnie jej oczu czaiła się klarowna pewność. Taka, która musiała ewoluować miesiącami i latami; to nie była kwestia chwili. Wtedy Logan zrozumiał, że kobieta już się nie wycofa z tego postanowienia; zapewne podjęła decyzję już dawno temu, a on tylko napatoczył się jej pod nogi w odpowiednim momencie.
Egzekutor pragnienia, które żyło w niej latami.
Ciepło ekscytacji rozlało się po ciele, odbiło w dotychczas obojętnym spojrzeniu mężczyzny. To była iskra, od której rozpalił się pożar. Dostał odpowiedź w tym uśmiechu, nie skupiał się więc już tak uważnie na słowach.
— Nie. Nie sprawi — odparł krótko na jej pytanie, zgodnie z najprostszą prawdą, nagle jakby zniecierpliwiony. — Pieniądze nie bywają gorsze, są pozbawione wartości moralnej. Poza tym, to nie ma nic wspólnego z moimi upodobaniami — odparł z krzywym uśmiechem i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że to kłamstwo. Faktycznie, myśl o wykończeniu Croucha zanim na horyzoncie jego świadomości chociaż zaświta potrzeba pozbycia się jego – wyprzedzenie go nie tylko o krok, ale cały dystans maratonu – była w jakiś sposób pobudzająca. — Skala cierpienia zależy od metody. O tym porozmawiamy… następnym razem.
Jego usta rozciągnął leniwy, ale nie sugerujący niczego dobrego uśmiech.
Kiedy za jego plecami wybuchło zamieszanie, zerknął kątem oka w stronę baru i blondynki, o której wcześniej rozmawiali. Uśmiech stał się nawet odrobinę szerszy, znalazł też odbicie w oczach Logana. Nie musiał wiele analizować — fakty łączyły się w całość dość naturalnie, a wnioski ów analizy bardzo się Loganowi podobały. Znów przeniósł spojrzenie na Astorię, tym razem ciężkie od znaczenia, którego nie ubrał w słowa.
— Skoro tobie nie przyszło na myśl, że mógłbym znaleźć się w takim miejscu, myślisz że ktoś z niepożądanych obserwatorów na to wpadnie? — Wzruszył obojętnie ramionami. Jego oczy wciąż zdradzały, że coś się zmieniło; były bardziej żywe, ich wcześniejsze zblazowanie zniknęło. — Nienawidzę ich. Ale to nie ma znaczenia. To tylko przedmioty, które pozwalają ukryć się przed niepożądanym spojrzeniem.
Mówiąc, wciąż jej się przyglądał i czekał na odpowiedni moment. Aż odstawi trzymaną w dłoni szklankę na blat stolika, pochyli się przy tym nieco do przodu, jej dłoń znajdzie się w zasięgu jego ręki. Wyglądał do tej pory na rozluźnionego, więc gwałtowny ruch musiał ją zaskoczyć, kiedy wreszcie nadarzyła się odpowiednia okazja. Złapał nadgarstek jej smukłej, eleganckiej ręki w stalowy uchwyt i szarpnął w swoją stronę, jednocześnie samemu nachylając się ponad stolikiem. W ten sposób znaleźli się na tyle blisko siebie, że wystarczył szept aby się porozumiewać — i nie mógł ich usłyszeć nikt inny, choć w sali o tej porze nie pozostał już prawie nikt, a po opuszczeniu baru przez tamtą parę nikt też się nimi specjalnie nie interesował. Poczuł wyraźnie jej zapach. Zrobił się głodny.
— Jeszcze jedno pytanie, Trelawney, skoro tak sobie tutaj szczerze rozmawiamy — wycedził słowo po słowie, niespiesznie, ale tym razem już nie obojętnie. Tym razem w jego tonie głosu brzmiało c o ś nie do końca określonego. — Skąd pewność, że nie pójdę prosto do twojego męża i nie zdradzę mu, że te wybrane z konta w Gringotcie pieniądze wcale nie poszły na nowe kiecki?
Może to pytanie było tylko prowokacją. Może było tylko wymówką do tego, żeby ją dotknąć, żeby fizycznie poczuć jej ciało pod palcami i zapach wody toaletowej wypełniający nozdrza.
Może.
A może nie.
just wanna bury them