Siedząc w tej obskurnej sali, powoli zaczęło do niej docierać, że nie ma już odwrotu, że to, co planuje, zaważy na całym jej życiu. Nie była to niewinna gierka, jaką toczyli za nastoletnich czasów w szkole, prowadząca wyłącznie do łóżka. Chociaż była przyjemna, właściwie odurzająca niczym opium, powodowała szum w głowie jak najlepszy absynt i pozostawiała na języku wieczny niedosyt. Jednocześnie bawiła się świetnie, to było chore. Chorobliwie satysfakcjonujące, jednocześnie prowadzące do zatracenia duszy i ciała. Alkohol pomagał, podsycił desperację, podkręcił złe wspomnienia i wybił na wierzch pragnienia i wspomnienia. Te ostatnie nie zawsze były dobre, wręcz obrzydliwe i jakby rozgrzeszające. To był fakt. W tej chwili jej własne podpite myśli próbowały ja rozgrzeszyć, wyświetlić przed oczami wszystko to, co działo się przez sześć lat jej życia. Każdy najgorszy obraz, słowa, emocje. Gotowały się w niej, mieszając się z chwilowym zatraceniem, cholernym pożądaniem i pragnieniem poczucia się jak kobieta, nie wyłącznie mebel.
Wykorzystywała Logana? Może trochę, ale przecież gdyby nie chciał, nie siedziałby tu z nią, on sam korzystał na tym tak samo, jak ona. Mimo to właśnie na nim podbijała swoją samoocenę, ładowała ego i podobało się jej, co widzi. Lekkie zdezorientowanie, Lekko zaróżowione policzki, które mogły być wyłącznie efektem alkoholu, ale gdzieś w głębi wiedziała, że tak nie jest. Nadal pamiętała, co działo się dawniej między nimi i najwyraźniej ta iskierka ukryła się gdzieś w nich przez tyle lat.
Nie była więc zadowolona z tego, że tak brutalnie wyrwał się z tych sideł. Musiała przyznać sama przed sobą, że jej kobiece ego zostało urażone. Przerwana rozgrywka, lekko strąciła ją z piedestału, ale nie pokazała tego po sobie. Uśmiechnęła się jedynie, cmokając po tym z lekką ironią.
— Jak zwykle. Obowiązki i zero przyjemności, nie dziwię się, że jesteś taki spięty. — zaśmiała się, dopiła drinka jednym łykiem. Nie pytała o tę osobę, wiedziała, że sama nie może jej zaufać. W jej świecie nigdy nie funkcjonowało coś takiego jak zaufanie. Nie była tego nauczona, bo i kogo miałaby nim obdarzyć? Matkę, która traktowała ją niczym zło konieczne? Ojca, który nigdy nie potrafił stanąć otwarcie w jej obronie? Męża? Jemu nie ufał nikt, więc ta myśl odbiła się histerycznym śmiechem w jej głowie. Loganowi? Ich relacja była dziwna, niby się przyjaźnili, ale było w niej pełno dziwnych, dwuznacznych gierek i jeśli miała sięgnąć wspomnieniami w tył, to chyba nigdy nie potrafiła mu całkiem zaufać. Nikomu nie potrafiła. Czemu więc teraz pchała się w jego sidła? Był podobny do jej męża, bezwzględny, a ona niczym zranione zwierzę szukała schronienia i uznania. Może przez wzgląd na przeszłość, widziała w nim trochę więcej człowieka niż we własnym mężu.
Gdy wychodzili, rozejrzała się jeszcze, nikt na nich nie patrzył, zupełnie jakby byli niewidzialni, obojętni dla tego świata.
— Mam tylko nadzieję, że nie zażyczysz sobie przerobienia mnie na jedną z tych swoich obrzydliwych główek. — Rzuciła, idąc za nim w ciemną uliczkę, otulając się szczelniej płaszczem. Parasol miała zawieszony na nadgarstku. Deszcz, chociaż niewielki skutecznie obniżał temperaturę, ale nie padał na tyle, by chronić się przed nim. Krocząc więc ciemną ścieżką, powoli żegnała się z dawnym życiem.
— Przy okazji mam nadzieję też, że ta osoba w żaden sposób nie doniesie do mojego męża. Nie chciałabym mieć problemów przez jakąś niewyparzoną gębę. — Mruknęła, prowokując Logana do jakiejkolwiek reakcji. Przy okazji, rzuciła okiem na butelkę, którą wyniósł z baru. Czyżby wieczór jednak się nie skończył? Chwyciła więc ją i pociągnęła łyk. Jeśli ma składać przysięgę, będzie potrzebowała odciąć się od logiki i wszelkich myśli. Tak będzie lepiej.
Logan prowadził ją dalej ciemnymi uliczkami, niedostępnymi dla obcych oczu. Każdy prawy i spokojny obywatel skrywał się o tej porze w domu, nie szukając przygód w jesiennej zawierusze. Chociaż alkohol rozgrzał ją porządnie, to nadal czuła nieprzyjemne ciarki zimna na ciele, marzyła o ciepłej kąpieli i w zasadzie raz pojawiła się myśl, by zniknąć. W sumie to też było rozwiązanie. Zabrać pieniądze i wyjechać, chociażby do Ameryki, ale tam też William miał jakieś swoje kontakty. Musiałaby ukryć się gdzieś daleko, gdzie nie zapuszcza się ludzki wzrok, a odludzia by nie zniosła.
— Daleko jeszcze? — Zapytała, przystając na chwilę. Wolała nie telepotrować się po alkoholu, ale jeśli miałaby przejść pół Londynu, żeby dostać się tam, gdzie była ta „zaufana” osoba, to już wolała leczyć się z rozszczepu czy innego ustrojstwa.
— Zaraz się przeziębię, zachoruję i umrę i tyle z twojej przysługi. — Zaśmiała się nieco ironicznie i kolejny raz otuliła szczelniej płaszczem.