29.05.2023, 02:39 ✶
Najgorsze w tym wszystkim było to, ze dla niego była to jedna wielka rozrywka. Jakaś część Dory była absolutnie przerażona nie tym, co mógł jej zrobić, ale właśnie tym jego uśmiechem. Jego reakcją, która szydziła z jej próby wywarcia na nim jakiegokolwiek wrażenia i zniechęcenia do dalszego ciągnięcia tej całej farsy.
Ilekroć miała do czynienia z takimi ludźmi, zastanawiała się dlaczego. To było proste pytanie, a jednak odpowiedź na nie wydawała się tak zawiła, że Crawley nie była w stanie objąć jej rozumem. Co sprawiało, że niektórzy stawali się tak brutalni. Że bawiło ich upokorzenie innych, aa prawdziwą radość przynosiło umniejszanie najprostszym ludzkim odruchom, jak chociażby błaganie o dłuższe życie. Jakaś część niej, ta zwykle cicha i tłamszona, z przekąsem marzyła o tym, by Borgin kiedyś sam musiał faktycznie błagać o życie.
Stanley miał jednak rację - nie mogła mu nic zrobić. Zwyczajnie nie była w stanie przełamać się by wykonać pierwszy ruch, wciąż kurczowo trzymając się nadziei, że to tylko taka gra, która w końcu skończy się, bo przecież byli w św. Mungu. W miejscu publicznym, gdzie ktoś ich w końcu znajdzie. A jeśli ten ją skrzywdzi, wtedy na pewno spotka się z konsekwencjami. Nie zmieniało to jednak faktu, że różdżki nie opuściła. I nawet, jeśli dłoń lekko jej drżała, uniosła delikatnie podbródek nieco wyżej, patrząc Borginowi prosto w oczy.
- Nie waż się o nim mówić - powiedziała na wspomnienie o swoim ojcu. I w tych słowach, na tę krótką chwilę, oprócz strachu dało się wyczuć gniew. Stanley mógł ugrać wiele, próbując zastraszyć ją samą, ale kiedy w grę wchodziła jej rodzina, Dora stawała się o wiele bardziej... agresywna, nawet jeśli tak abstrakcyjnie brzmiało to w jej przypadku. Może była to zasługa tego, że zawsze stawiała innych ponad sobą, chcąc pomagać i dbać o ich samopoczucie. A może była to wina samych Borginów, którzy odbierając jej matkę uczulili ją na wszelkie tego typu groźby i zagrożenia. Bo Crawley w jakimś stopniu czuła się odpowiedzialna za to, jak skończyła Susanne. W końcu była owocem jej miłości. Czymś, co świadczyło dobitnie w oczach Borginów o popełnionej przez krewną zbrodni.
- Czas na ciebie? - zaryzykowała, spoglądając na niego nieco bardziej czujnie, jakby niespodzianka miała być z rodzaju tych najgorszych. W duchu jednak modliła się żarliwie, by ta głupia odpowiedź to była prawda. By wreszcie sobie poszedł.
Ilekroć miała do czynienia z takimi ludźmi, zastanawiała się dlaczego. To było proste pytanie, a jednak odpowiedź na nie wydawała się tak zawiła, że Crawley nie była w stanie objąć jej rozumem. Co sprawiało, że niektórzy stawali się tak brutalni. Że bawiło ich upokorzenie innych, aa prawdziwą radość przynosiło umniejszanie najprostszym ludzkim odruchom, jak chociażby błaganie o dłuższe życie. Jakaś część niej, ta zwykle cicha i tłamszona, z przekąsem marzyła o tym, by Borgin kiedyś sam musiał faktycznie błagać o życie.
Stanley miał jednak rację - nie mogła mu nic zrobić. Zwyczajnie nie była w stanie przełamać się by wykonać pierwszy ruch, wciąż kurczowo trzymając się nadziei, że to tylko taka gra, która w końcu skończy się, bo przecież byli w św. Mungu. W miejscu publicznym, gdzie ktoś ich w końcu znajdzie. A jeśli ten ją skrzywdzi, wtedy na pewno spotka się z konsekwencjami. Nie zmieniało to jednak faktu, że różdżki nie opuściła. I nawet, jeśli dłoń lekko jej drżała, uniosła delikatnie podbródek nieco wyżej, patrząc Borginowi prosto w oczy.
- Nie waż się o nim mówić - powiedziała na wspomnienie o swoim ojcu. I w tych słowach, na tę krótką chwilę, oprócz strachu dało się wyczuć gniew. Stanley mógł ugrać wiele, próbując zastraszyć ją samą, ale kiedy w grę wchodziła jej rodzina, Dora stawała się o wiele bardziej... agresywna, nawet jeśli tak abstrakcyjnie brzmiało to w jej przypadku. Może była to zasługa tego, że zawsze stawiała innych ponad sobą, chcąc pomagać i dbać o ich samopoczucie. A może była to wina samych Borginów, którzy odbierając jej matkę uczulili ją na wszelkie tego typu groźby i zagrożenia. Bo Crawley w jakimś stopniu czuła się odpowiedzialna za to, jak skończyła Susanne. W końcu była owocem jej miłości. Czymś, co świadczyło dobitnie w oczach Borginów o popełnionej przez krewną zbrodni.
- Czas na ciebie? - zaryzykowała, spoglądając na niego nieco bardziej czujnie, jakby niespodzianka miała być z rodzaju tych najgorszych. W duchu jednak modliła się żarliwie, by ta głupia odpowiedź to była prawda. By wreszcie sobie poszedł.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.