To chyba jednak nie był taki zły dzień? Miało się to dopiero okazać. Panna Figg ruszyła pospiesznie (na ile potrafiła, bo sprawność fizyczna nie była jej sprzymierzeńcem) w stronę, w którą udał się kieszonkowiec. Nie, żeby liczyła, że go zatrzyma, miała nadzieję, że jej okrzyk zostanie zauważony i komuś uda się go zatrzymać. Wierzyła w to, że w tym tłumie znajdzie się ktoś kto będzie chętny jej pomóc.
W przeciwieństwie do panny Longbottom Norka jej nie zauważyła, przynajmniej wcześniej. W końcu Brenna szła za nią, a Figg nie należała do tych szczególnie uważnych. Nie zaglądała za siebie dopóki nie musiała - w przypadku ataku złodziejaszka nie miała już innego wyjścia i postanowiła zawrócić. Wtedy właśnie dostrzegła sylwetkę przyjaciółki. Szczęście w nieszczęściu. W końcu była ona brygadzistką - nie ma co ukrywać, że na pewno jedną z lepszych, chociaż bardzo skromną.
Chłopiec który ją okradł nie miał szans z Longbottomówną - była od niego większa, silniejsza, sprytniejsza, no lepsza w każdym możliwym calu. Norka aż przyklasnęła z wrażenia - mogła się chwalić, że to była jej przyjaciółka! Każdy mógł jej pozazdrościć.
Panna Figg dotarła do miejsca, gdzie Brenna zmusiła Edgara do chwilowego odpoczynku. Usłyszała końcówkę jego wypowiedzi. - Naprawdę? BABCI? - Rozczarowały ją słowa młodzieńca, przecież ta torebka w kolorze fuksji zdecydowanie nie wyglądała jak właśność jakiejś starszej pani. - Wydaje mi się, że to należy do mnie. - Skomentowała jeszcze.
- Znacie się? - Zapytała jeszcze Brennę, bo wyglądało na to, że tak. - W ogóle cześć, spadłaś mi z nieba. - Gdyby nie panna Longbottom to mogłaby zapomnieć o swojej torebce.