29.05.2023, 16:20 ✶
- To jej wina! Gdyby jej tu nie było, wcale by mnie złapano! A ostatnio zamieniła się w wilka! Ganianie ludzi po ulicy pod postacią wilka nie jest sprawiedliwe! - jęczał
Brenna w pewnych sprawach miewała miękkie serce. Gdyby Edgar nie był tak bezczelny, by złapany za rękę mówić, że to niego ręka, naprawdę miał chorą babcię i nie dał się złapać po raz kolejny - w dodatku na nie pierwszej kradzieży - też by się nad nim litowała. Teraz nie miała ani litości, ani nawet rozbawienia, tylko irytację. O to, że uważał to za dobry sposób życia. Że kogoś pozbawił oszczędności. Że wkrótce wybierze bardzo niewłaściwą ofiarę i skończy martwy albo przeklęty. Że musiała wysłać tego gówniarza przed sąd, ponieważ już za dużo razy popełnił błąd. I trochę - że znów czekają ją nadgodziny po nadgodzinach, bo zmianę skończyła już jakiś czas temu.
Mimo to uśmiechnęła się do Nory, jak zwykle pogodnie. Jakby nie słyszała narzekań na Edgara albo nie miały one dla niej znaczenia. Słyszała gorsze obelgi - i w swojej pracy, i jako czarownica czystej krwi, która nie chciała kultywować tradycji plucia na mugolaków.
- Niektórzy koniecznie chcą iść drogą na skróty. I przegapiają chaszcze.
- Teraz będziesz się mądrzyć? - jęknął Edgar, chociaż sprawiał wrażenie już nie pewnego siebie, a jakby miał zamiar zaraz się rozpłakać. Chyba zrozumiał, że się nie wywinie. Brenna westchnęła, po czym pociągnęła go za sobą, ruszając do najbliższego punktu Fiuu.
Oczywiście, przetransportowanie Edgara i załatwienie formalności trochę zajęło. Na progu kawiarni pojawiła się więc już po zmierzchu, dobrą godzinę później. Rozejrzała się za progiem - trochę z zaciekawieniem, bo zwykle bywała tu rano (przed pracą lub po nocnej zmianie), czasem po południu, jeśli miała akurat dzień wolny i załatwiała coś na Pokątnej. Nie wpadała tutaj dotąd po zmroku, gdy kawiarnia trochę się zmieniała.
Rozejrzała się od razu za Norą. Była trochę zmęczona. I zdążyła przebrać się z munduru w zwykłą szatę, w jakiej najczęściej chodziła po magicznym Londynie.
Brenna w pewnych sprawach miewała miękkie serce. Gdyby Edgar nie był tak bezczelny, by złapany za rękę mówić, że to niego ręka, naprawdę miał chorą babcię i nie dał się złapać po raz kolejny - w dodatku na nie pierwszej kradzieży - też by się nad nim litowała. Teraz nie miała ani litości, ani nawet rozbawienia, tylko irytację. O to, że uważał to za dobry sposób życia. Że kogoś pozbawił oszczędności. Że wkrótce wybierze bardzo niewłaściwą ofiarę i skończy martwy albo przeklęty. Że musiała wysłać tego gówniarza przed sąd, ponieważ już za dużo razy popełnił błąd. I trochę - że znów czekają ją nadgodziny po nadgodzinach, bo zmianę skończyła już jakiś czas temu.
Mimo to uśmiechnęła się do Nory, jak zwykle pogodnie. Jakby nie słyszała narzekań na Edgara albo nie miały one dla niej znaczenia. Słyszała gorsze obelgi - i w swojej pracy, i jako czarownica czystej krwi, która nie chciała kultywować tradycji plucia na mugolaków.
- Niektórzy koniecznie chcą iść drogą na skróty. I przegapiają chaszcze.
- Teraz będziesz się mądrzyć? - jęknął Edgar, chociaż sprawiał wrażenie już nie pewnego siebie, a jakby miał zamiar zaraz się rozpłakać. Chyba zrozumiał, że się nie wywinie. Brenna westchnęła, po czym pociągnęła go za sobą, ruszając do najbliższego punktu Fiuu.
Oczywiście, przetransportowanie Edgara i załatwienie formalności trochę zajęło. Na progu kawiarni pojawiła się więc już po zmierzchu, dobrą godzinę później. Rozejrzała się za progiem - trochę z zaciekawieniem, bo zwykle bywała tu rano (przed pracą lub po nocnej zmianie), czasem po południu, jeśli miała akurat dzień wolny i załatwiała coś na Pokątnej. Nie wpadała tutaj dotąd po zmroku, gdy kawiarnia trochę się zmieniała.
Rozejrzała się od razu za Norą. Była trochę zmęczona. I zdążyła przebrać się z munduru w zwykłą szatę, w jakiej najczęściej chodziła po magicznym Londynie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.