Czy był ciężkim klientem? Jak najbardziej. Czy chciał aby ten prezent był idealny? Również. Czy sam nie miał zielonego pojęcia co jeszcze mogłoby się znaleźć na tym obrazie? Oczywiście, że tak. Tak dużo pytań na które nie potrafił odpowiedzieć, a zarazem tak mało szczegółów które potrafił jej przekazać. Borgin zdawał sobie sprawę, że może nie do końca dobrze to rozegrał, no ale cóż... Kim by był jakby podaną mu na dłoni talię, rozegrał idealnie. Zarówno Stella jak i jej mieszkanie widziały Stanleya w jego najgorszym stanie, więc czy lekko kapryśny brygadzista był czymś wyjątkowym?
- No dokładnie. Taka iluzja. Lepiej bym tego nie ujął - odparł zafascynowany tym, że zrozumiała o co mu chodzi. No i pewnie też dlatego, że nie został za to w żaden sposób sprowadzony na ziemię przez swoją kotwicę, której rolę pełniła stojąca przed nim artystka. Nikt inny tak świetnie nie był w stanie uświadomić go o bezsensowności jego pomysłów jak ona.
- Londyn? Hmm... - popukał się w podbródek w zastanowieniu. Jedyne co mu przyszło do głowy to miejsce jej pracy, czyli szpital. Poświęciła mu całe swoje dotychczasowe życie. Jemu jak i pacjentom - była z tego bardzo dumna, więc i odpowiedź na to pytanie była prosta - Święty Mung. Szpital świętego Munga. Nie ma chyba miejsca, które przypadło by jej bardziej do gustu - odparł. Anne, w wielkim skrócie, była pracoholiczką, stąd pewnie też wynikało to samo schorzenie u jej syna. Stanley jednak w porównaniu do swojej rodzicielki, zaczął powoli swego rodzaju terapię, która miała na celu wyciągnięcie go zza ministerialnego biurka na świeże powietrze. Z dala od tego całego brygadzistowskiego zgiełku - A ten trzeci to może jakieś rośliny? Tak wiesz, jakieś zioła, kwiaty... - powiedział, wskazując na dalię, które dzisiaj przekazał pannie Avery. W kwestii tych badyli, liczył akurat na nią jako, że sam nie miał żadnego pojęcia dotyczącego flory - Wtedy moglibyśmy zrobić... Znaczy Ty mogłabyś zrobić, aby to było takie przemijanie. Po lewej Hogwart, na środku te rośliny, a po prawej Mung. Co Ty na to? - skończył przedstawiać swoją wizję - Oczywiście, że zaszczyt! Jeszcze jakbym wspomniał, że to Ty go malowałaś to już chyba w ogóle by oszalała - dodał. Co by nie mówić, jego rodzicielka przecież uwielbiała Stellę i już teraz traktowała ją jak swoje dziecko mimo, że nim nie była.
Już wcześniej dostrzegł zalążek irytacji na jej twarzy, jednak początkowo go zignorował, licząc że ten samoistnie przejdzie. Widząc, że tak się jednak nie stało, nie omieszkał zrobić wszystkiego aby do jej gniewu nie dopuścić. Nadal miał w pamięci to jak ich ostatnie, wielkie nieporozumienie się zakończyło i co przyniosło w skutkach. W tym wszystkim najgorsze nawet nie było to nieporozumienie, a raczej fakt, że musiał stanąć na głowie aby mu wybaczyła jego winy. Nie czekając ani chwili dłużej odwrócił się w jej kierunku, a następnie położył jej dłonie na barkach - Stelluś nie denerwuj się. Ja wiem, że wybrzydzam i marudzę... - zaczął tłumaczyć spokojnym tonem, przejeżdżając dłonią po jej prawym ramieniu. Kiedyś na szkoleniu Aurorskim usłyszał, że do agresorów należy mówić powoli i w zrównoważony sposób - Ale postaw się w mojej sytuacji. Ja bym po prostu chciał jej dać coś wyjątkowego. Coś co zapamięta na całe życie. Nie chcę Cię tym denerwować. Dlatego powiedz tylko słowo, a wymyślę coś innego - dodał, chociaż wcale mu się nie uśmiechało zmieniać swój 'genialny pomysł', który go nawiedził. Z drugiej zaś strony, Avery była sobie sama winna dwóch rzeczy. Po pierwsze, że miała taki talent, a po drugie, że poznała Stanleya. No i pojawił się dzisiaj w drzwiach z jej ulubionymi kwiatami - to musiało świadczyć, że czegoś od niej potrzebuje.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972