— No przecież wspieram! Ciałem i umysłem, pragnę zauważyć — mruknął, tłumiąc skrzywienie, które próbowało wedrzeć mu się na twarz. Przecież nie robił jej na złość. On po prostu... Po prostu starał się pomóc jej stać się najlepszą wersją siebie, a w tym przypadku sprawić, aby jej nowe dziecko, a zarazem młodsza siostra Mabel, czyli klubokawiarnia, również prezentowała się najlepiej, jak tylko mogła.
Zdecydowanie zbyt późno zdał sobie sprawę z tego, jaki efekt mogą mieć jego słowa. Z niejakim przestrachem obserwował reakcję Nory na rzucone chwilę wcześniej uwagi, siedząc jak na szpilkach. Gdyby był wierzący, to może by się nawet pomodlił do Najświętszej Panienki lub któregoś z aniołów rezydujących w niebie. Tak, mógł tylko powtarzać w kółko i w kółko „O, Merlinie” w myślach.
— Ej, to akurat nie jest prawda! — wtrącił się na wzmiankę o tym, że na wszystkim się zna. Wycelował w nią widelczyk na którym zwisało jeszcze trochę galaretki owocowej. — Nie mam bladego pojęcia o zielarstwie i eliksirach w jakiejkolwiek formie. Oprócz tego obowiązuje mnie zakaz zbliżania się do domowej kuchni, więc moje umiejętności gotowania też nie są na jakimś... — Oblizał widelczyk z resztek galaretki. — Na jakimś wybitnym poziomie!
Kiedy Nora zwróciła uwagę na jego pomysł z doniczkami, skulił się w sobie. Dobrze, że w lokalu nie było nikogo innego, bo Erik jeszcze zacząłby się czerwienić ze wstydu. Dla innych mogłoby to wyglądać nieco komicznie, gdy mniejsza od niego o prawie czterdzieści centymetrów dziewczyna prawie że go opierdala od góry do dołu, ale dla niego było to przerażające doświadczenie. Zamilkł więc, postanawiając już nie rzucać kolejnymi uwagami.
— Mhmm. Jest wyśmienite — potwierdził ochoczo, kiwając intensywnie głową. Wbił widelczyk w ciasto. — Świat może i idzie do przodu, ale poczta pantoflowa, to wciąż najlepszy sposób na zdobycie dobrych informacji. Chociaż na radio też pewnie przyjdzie pora, co? Najpierw plakaty i ludzie, potem gazety, radio... Sukces na skalę kraju murowany, a zwieńczeniem powinna być książka „Wypieki jak u Nory” lub coś w tym guście.
Uniósł kąciki ust w lekkim, acz ostrożnym uśmiechu. W możliwości skomplementowania wypieków przyjaciółki dostrzegł także okazję ku temu, aby uniknąć jej gniewu, tudzież zmniejszyć jego intensywność. Bądź co bądź nie przyszedł tu po to, aby ją otwarcie krytykować, a co najwyżej doradzić. Niewyparzony język, pomyślał, wpychając w siebie kolejną porcję ciasta. Powinien się czasami zastanowić nad tym, co mówi. Nie, żeby nie wyrzucał z siebie komentarzy bystrych i przydatnych, ale być może powinien zwracać większą uwagę na okoliczności.
Nie dało się ukryć, że Norze towarzyszyło sporo emocji, w tym pewnie kilka sprzecznych, biorąc pod uwagę ile pieniędzy, czasu i wysiłku podarowała temu miejscu, aby doprowadzić je do pewnego standardu. W stanie surowym to miejsce raczej nie przyciągało spojrzenia przechodniów, ale teraz niemalże wybijało się wśród sklepów z eliksirami, sprzętem sportowym do quidditcha czy innymi mniejszymi lokalami na Pokątnej. Chciała osiągnąć konkretny efekt i Erik był w dużej mierze przekonany, że jej się to udało.
— Oczywiście to tylko taki pomysł. W sprawie dokładnych planów powinnaś odezwać się do Brenny. Skoro planuje moją karierę Ministra Magii to na pewno i znajdzie sposób na podbicie twojego statusu. — Mrugnął do Nory, a potem zmarszczył na moment brwi, jakby o czymś sobie przypomniał. — A właśnie... Masz dla mnie jakieś bojowe zadanie na jutrzejsze otwarcie?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞