Martin skinął głową. Skoro nie miała wystarczająco dużo czasu, by poznać Edwarda, zapewne widziała go przez minutę gdzieś w głębi pomieszczenia. Mężczyzna był tak prosty i oczywisty, że dało się całkowicie streścić jego osobowość w jednym zdaniu. Kobieta zapewne nie to miała na myśli, a rzuciła tylko jedną z opcji do wyboru w takiej sytuacji z podręcznika do etykiety. Kolejna informacja była jednak o wiele bardziej interesująca.
Crouch wysilił szare komórki, by przypomnieć sobie o planach matrymonialnych Edwarda. Może i coś tam wspominał o ślubie, ale czy to pierwszy raz? Miał na koncie kilka narzeczonych. Te szybko zwijały manatki lub kończyły jako żony jego braci czy kuzynów.
— Cóż za szczęście panią spotkało w takim razie. To znaczy, nieszczęście, przepraszam.
Martwość duszy odbierała mu kontrolę nad słowami. Ewentualne podsłuchanie przez członka rodziny było jedynym powodem dla powstrzymania się od szczerości. Czuł, że nowo poznana kobieta doceniłaby prawdę. Jeśli miała przyjemność zobaczyć żywego Edwarda, dzień pogrzebu przyniósł jej wiele radości.
"Dogłębniej" to było słowo o wiele nad wyrost w tym wypadku, czego oczywiście nie można powiedzieć na głos.
— Znałem go od dziecka, to prawda. Mój ojciec jest bratem ojca Edwarda. Jako dzieci mieliśmy wiele okazji do spotkań, aczkolwiek ten zdecydowanie lepiej bawił się z moimi braćmi.
Cóż za wylew słów. Martin chyba upił się oparami szampana stojącej przy nim kobiety. Zapewne powinien spytać ją o imię. Tak bardzo mu się nie chciało.