W przeciwieństwie do Giovanniego Geraldine nie spała wcale. Nie było to dla niej żadna nowość. Od dawna miewała problemy ze snem. Po tym wszystkim, co wydarzyło się wczoraj wieczorem nie mogła zmrużyć oka. Zerwał się dziwny wiatr, wtedy przyjaciel bez słowa odesłał ją do domu. Nie wróciła na polanę, może powinna? Sama nie miała pojęcia dlaczego. Czuła, że lepiej dla niej będzie jeśli zostanie u siebie.
Dziwne uczucie jej towarzyszyło. Takie, które pojawiało się wtedy, kiedy Theon był w niebezpieczeństwie. Martwiła się o niego, mimo tego, że był wrednym skurwysynem - to dla niej zawsze pozostawał również bliźniakiem, bez względu na to w jakie gówno zdarzyło mu się wplątać.
Miała również wrażenie, że po wczorajszym rytuale na Beltane coś się zmieniło. Jakby jakaś niewidzialna nić połączyła ją i Jonathana, bo wcale nie Gio. Nie miała pojęcia o co w tym wszystkim chodzi, jednak niepokoiła się o niego całą noc, miała pewność, że jest w niebezpieczeństwie, chociaż nie wiedziała dlaczego.
Siedziała w kuchni i paliła papierosa, kiedy usłyszała dźwięk zwiastujący to, że ktoś pojawił się u niej w domu. Ruszyła w stronę kominka, który znajdował się w salonie. Zauważyła przyjaciela, chociaż dotarło do niej, że dzisiaj pojawił się Jo, a nie Gio. Miała świadomość, że ten drugi zazwyczaj pojawiał się, kiedy działo się coś złego. Może te uczucie, które ją ogarnęło naprawdę miało rację bytu? Już zaraz powinna się dowiedzieć.
- To nie brata. - Sprostowała jeszcze to, co powiedział. Nie pamiętała nawet, kiedy ostatnio Theon był w jej mieszkaniu, co więc mogłyby tu robić jego spodnie? Powinien o tym wiedzieć. - Uch, nie wspominałam ci chyba... - Dotarło do niej, że nie rozmawiała z nim od dawna o tym, co działo się w jej życiu. Wczorajsze Beltane było raczej odskocznią od codzienności, nie mieli czasu porozmawiać na spokojnie. - Co cię tu sporwadza o takiej porze? - Przecież nie pojawił się tu bez powodu.