W przeciwieństwie do swoich kompanów ze szkolnych korytarzy Rabastan nie miał jeszcze okazji w pełni zasmakować gorzkiego smaku przygotowań do ciepłych i wesołych świąt w gronie rodziny. Odkąd wrócił do domu, zamienił z rodzicami może kilka zdań, a większość czasu spędzał zakopany pod stertą koców w sypialni. Nos wyściubiał na zewnątrz tylko po to, aby coś przekąsić lub posłać którąś z domowych sów w trasę z kolejną partią listów.
W gruncie rzeczy nawet nie wiedział, co się dokładnie działo z resztą domowników. Ojciec pewnie był na oddziale, matka u krewnych za miastem, a Rudolf... Merlin jeden wiedział, gdzie podziewał się ten gość. Dobrze, że przynajmniej skrzaty domowe trwały na posterunku i robiły, co do nich należało. Gdyby nie one zacząłby się zastanawiać, czy rodzina się gdzieś nie wyniosła podczas jednej z jego licznych drzemek.
Zaproszenie od Belli nieco go skonsternowało. Z początku wydawało mu się, że dziewczyna pomyliła braci i zamierzała przywołać do siebie jego starszego brata, jednak pojawienie się Oleandra w eskorcie rodowego skrzata szybko rozwiało jego wątpliwości. Otaksował go spojrzeniem od stóp do głów. Wydawał się dokładnie wiedzieć, kogo miał stąd odebrać. Cóż, wycieczki na Grimmauld Place zawsze były... interesujące. Głównie przez synergię między siostrami Black, gdy te przebywały we trzy na bardzo małej przestrzeni.
— Obawiam się, że starania twojej rodzicielki poszły na marne, Ollie — skomentował z niemrawym uśmiechem Rabastan, prezentując swoje dołeczki i nienaturalnie błękitne oczy, będące efektem zbyt szybkiej zmiany wyglądu przy pomocy metamorfomagii. Przeczesał dłonią potargane włosy, a potem wsunął dłonie w rękawy kurtki z owczej skóry z futerkowym podszyciem. — Zapomniała o tiarze wyjściowej. Chyba że miałeś ją wcześniej, ale wylądowała w najbliższej zaspie śniegu...
W powietrzu zawisło niedokończone przez Ślizgona pytanie, jednak spojrzenie Lestrange'a sugerowało, że wcale nie potrzebuje odpowiedzi. Nie musiał znać prawdy. Wystarczającą pożywką dla jego pędzących nieustannie do przodu myśli była sama perspektywa tego, że Oleander mógł tak, a nie inaczej potraktować element garderoby wepchnięty mu na głowy przed matkę. Gdy wyszli już na zewnątrz, teleportowali się z cichym trzaskiem, aby w mgnieniu oka znaleźć się u celu swej podróży.
— Dobrze wyglądasz, belle — odparł przyciszonym głosem z mocno koślawym francuskim akcentem, potwierdzając słowa Olliego.
W przeciwieństwie do przyjaciela nie ruszył przez środek pokoju prosto ku pannie Black, zamiast tego wybierając drogę naokoło, wzdłuż ściany, dopóki do niej nie dotarł. Kurtkę zostawił wcześniej w holi, toteż teraz odsłonił resztę swojego odzienia; ciemnoniebieską koszulę ze sztywno zapiętymi guzikami przy mankietach, bordowo-czarną kamizelkę w szkocką kratę i czarne spodnie zlewające się praktycznie z równie ciemnymi butami.
— Hmm? — Ugiął się pod pytającym spojrzeniem Croucha, wbijając wzrok w podłogę, z początku nie rozumiejąc, jakiej odpowiedzi oczekiwał. Jego dłoń automatycznie powędrowała do spoczywającego na jego piersi srebrnego łańcuszka, który zaczął obracać między palcami, aby zająć czymś ręce. — Tak. Oczywiście, że znam drogę tutaj. Byłem tu w odwiedzinach już wcześniej.
W końcu jakie rody czystej krwi nie odwiedzały siebie nawzajem? Nawet jeśli zdarzało się to rzadko, to jednak zdarzało. Przeniósł spojrzenie na Bellatriks.
— Na początku myślałem, że pomyliłaś braci i planowałaś zaprosić Rudolfa. Mój brat może być zazdrosny. Odwiedziny u takiej... „gwiazdy” to nie przelewki.